Czy "SOR" to faktycznie polski "The Pitt"? Sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja serialu
Karol Urbański
20 października 2026, 09:01
Już dziś na Prime Video i antenie TVP2 debiutuje "SOR", czyli nowy polski serial medyczny, który sporej części widzów do złudzenia przypomina pewien przebój od HBO Max. Czy warto dać mu szansę?
Już dziś na Prime Video i antenie TVP2 debiutuje "SOR", czyli nowy polski serial medyczny, który sporej części widzów do złudzenia przypomina pewien przebój od HBO Max. Czy warto dać mu szansę?
W momencie gdy Telewizja Polska (tym razem do spółki z Prime Video) zapowiedziała swój nowy serial medyczny, trzy czwarte rodzimego internetu zgodnie obwieściło, że "mamy The Pitt w domu". Oferta programowa tradycyjnych stacji, jak ramówka długa i szeroka, zasłużyła sobie na prześmiewcze hasła nie bez powodu. Co drugi serial to kopiuj-wklej z zachodu i kwestią czasu było, zanim przebój HBO Max odbije się echem nad Wisłą. Czy zatem faktycznie "mamy The Pitt w domu"?
SOR – o czym jest polski serial medyczny?
Przedpremierowo widziałem trzy odcinki (łącznie będzie ich aż 12 i podczas gdy każdy z nich od dziś od godz. 22:20 możecie zobaczyć na Prime Video, TVP będzie emitowało je po jednym co tydzień) i odpowiedź na palące pytanie nie może być… inna niż twierdząca. "SOR" nie tylko nie kryje się z inspiracjami stojącymi za pomysłem, by z amerykańskiego ostrego dyżuru uczynić rozrywkę dla przeciętnego Kowalskiego. Serial idzie o krok dalej – powtarza formułę i narracyjne schematy, obracając podobny punkt wyjścia w coś niebezpiecznie bliskiego polskiemu remake'owi.

Czym ten "remake" różni się od oryginału? Tym, że silnik napędowy wzięty z "The Pitt" ładuje bateria złożona z "Chirurgów" i polskich telenowel. Niech za ilustrację sprytnego schematu posłuży scena otwierająca, w której pędzące na hulajnodze elektrycznej (sic) nastolatki rozbijają się tuż obok Piotrka (Sebastian Dela, "#BringBackAlice"), lekarza rozpoczynającego dyżur w "najbardziej prestiżowym szpitalu", w którym SOR-em rządzi jego dawna miłość, Kaśka (Sonia Mietielica, "Polowanie na ćmy"). Zanim nasz bohater przewiezie ofiary na oddział ratunkowy dostawczakiem (sic!), zdąży oczarować muskulaturą wszystkie postaci płci przeciwnej.
Z biegiem czasu okaże się, że wybór miejsca pracy, wbrew pozorom, nie był przypadkowy. Odkrywają to przed nami liczne retrospekcje nadające kontekst relacji Piotrka i Kaśki – choć tym bardzo blisko jest z kolei do "Furiozy", fabularny pretekst, by raz na jakiś czas opuścić mury szpitala paradoksalnie przydaje się "SOR-owi". W innym wypadku wymuskani medycy nie mieliby szansy odkryć przed nami swych mankamentów. Gdy jesteśmy z nimi na dyżurze, tych nie widać bowiem wcale.
SOR – polska wersja The Pitt czy coś więcej?
Żeby nie było – "The Pitt" do najsubtelniejszych seriali nigdy nie należał, a jego bohaterom podejrzanie blisko do aniołów zesłanych przez św. Łukasza. Mimo wszystko jednak powiedzieć, że "SOR" to wyidealizowany obraz tytułowego miejsca akcji, to jak nie powiedzieć nic. Wszyscy – na czele z najbardziej doświadczonym ordynatorem Drawskim (Ireneusz Czop, "Breslau") – mają przyklejony uśmiech do twarzy, odpowiednio odmłodzona i atrakcyjna ekipa lekarska rzadko kiedy stawia błędną diagnozę, a łóżka są czyściutkie jak w pięciogwiazdkowym hotelu (częściej leżałem na tych pierwszych i zapamiętałem je nieco inaczej).

Według znajomego wzoru w "SOR-ze" przez większość czasu (odcinki trwają ok. 30 minut) podążamy za bohaterami "od pacjenta do pacjenta"; obserwujemy rozmaite przypadki – zarówno te mniej poważne, jak i potencjalnie krytyczne – i przeprowadzamy wywiad środowiskowy. Nie ma tu jednak miejsca na medyczne zagadki rodem z "Dr. House'a". Jeśli nasza dzielna ekipa nie zdąży wpaść na przyczynę sama, ta ujawni się kilka chwil później, czasem w wyniku niespodziewanego obrotu spraw, a innym razem przy pomocy zapożyczonego "wiadomo skąd" komentarza społecznego.
Bo widzicie, "SOR" nie pozostawia wiele miejsca na wyobraźnię. Jeśli któryś z pacjentów jest ofiarą przemocy domowej, winnego będziecie w stanie wskazać jakieś 0,5 sekundy po tym, jak pojawi się w szpitalu. Jeśli, dla równowagi sił we wszechświecie, któryś z lekarzy popełni jakiś błąd, to będzie to niefortunnie komiczny stażysta Wojtuś (Maciej Bisiorek, "LARP"). Jeśli na oddziale pojawi się "Profesor" (Andrzej Grabowski, "Morfeusz"), to oczywiście, że będzie aroganckim bucem spokrewnionym z jedną z najważniejszych postaci. Takich "jeśli" jest w "SOR-ze" całkiem sporo.
Scenariusz – za który odpowiadają Maciej Sobczyk ("Lombard. Życie pod zastaw") i Zbigniew Zborowski ("Na sygnale") – nie jest jednak kompletnie nieudany. Gołym okiem widać, że tekstu nie dostosowano do "telewizji premium", a tej klasycznej, zbierającej przed ekranem ciebie, twoją mamę, a może i nawet babcię (jeśli ta dotrwa do późnej godziny emisji – odcinki na TVP będą emitowane bowiem o 22:20). Ma być poważnie, ale nie za poważnie, stąd nierzadkie, slapstickowe wręcz, wstawki komediowe. Mamy angażować się w losy postaci, a zatem możemy spodziewać się romansów.
SOR – czy warto oglądać polski serial medyczny?
"SOR" to bowiem taki serial, w którym – podobnie jak choćby we wspomnianych wcześniej "Chirurgach" – medycyna miesza się z obyczajówką. Interesująco dobrani aktorzy sprawiają, że przymyka się oko na dramaturgiczne niedostatki, a postaci pisane w kluczu w duchu crowd-pleaser faktycznie spełniają swe funkcje. Jest tu m.in. rozświetlająca każdą produkcję Dominika Kluźniak ("Matki pingwinów") jako przełożona pielęgniarek czy przebojowa rezydentka Ola w interpretacji Patrycji Franczak ("1670"), która niesie fabularną atrakcyjność na swoich barkach. A, no i tego biednego Wojtusia na pewno będzie wam szkoda.

Jak w naszym nowym serialu medycznym wypada medycyna? Na szczegółowe opracowania będziecie musieli poczekać od tych licznych youtube'owych lekarzy, którzy komentują wybrane sceny, ale na moje laickie oko – poza kilkoma podejrzanymi momentami szpitalnej samowolki – jest całkiem nieźle. Aktorzy przeszli ponoć kilkudniowy boot camp pod czujnym okiem specjalistów i po pierwszych trzech odcinkach jestem w stanie uwierzyć, że ich bohaterowie wiedzą, co robią. Dotychczasowe przypadki do szczególnie "atrakcyjnych" może i nie należą, ale większość z nich jeszcze przede mną.
W najgorszym wypadku "SOR" to niewarta czasu i mało wyszukana podróbka przeboju, który szturmem wziął świat streamingu. W nowym serialu TVP i Prime Video są naśladowcze sceny nakręcone ciężką ręką i pocięte tak, że ból głowy macie gwarantowany. Jest toporny scenariusz i reżyseria, która w zestawieniu z "wiadomo czym" momentami przypomina etiudę studencką. Cóż, no "mamy The Pitt w domu" i to na całego. W najlepszym wypadku ten medyczny epigon umili nam czas oczekiwania na 3. sezon hitu HBO Max.