"Pozłacany wiek" w 4. serii jest obłędnie wystawny, dekadencki i po prostu przepyszny – recenzja serialu
Marta Wawrzyn
2 listopada 2026, 17:32
"Pozłacany wiek" wraca z 4. sezonem, a ten jest jeszcze lepszy od poprzedniego. Serial HBO od twórcy "Downton Abbey" ma w sobie jeszcze więcej humoru, ale też mroku, a do tego zachwyca bogactwem w dekadenckim stylu.
"Pozłacany wiek" wraca z 4. sezonem, a ten jest jeszcze lepszy od poprzedniego. Serial HBO od twórcy "Downton Abbey" ma w sobie jeszcze więcej humoru, ale też mroku, a do tego zachwyca bogactwem w dekadenckim stylu.
Na HBO powraca "Pozłacany wiek", a ja widziałam już przedpremierowo całość (czyli osiem odcinków) i donoszę, że jest nawet lepiej niż do tej pory. Zwłaszcza jeśli w kostiumowym superhicie brakowało wam głębszych refleksji i mroczniejszych wątków. Rewolucji może się nie spodziewajcie, ale skrętu w odważniejszym kierunku – owszem.
Pozłacany wiek sezon 4 – co się zmieniło w serialu HBO?
Jak pewnie pamiętacie, sezon 3 postawił pod znakiem zapytania małżeństwo Berthy (Carrie Coon) i George'a (Morgan Spector) Russellów, po tym jak ona trochę przesadziła w swoich knowaniach, czyniąc główne narzędzie podboju socjety z Gladys (Taissa Farmiga) i jej małżeństwa, zaś on został postrzelony we własnym domu. To wystarczyło, żeby nasz twardy przemysłowiec doszedł do pewnych zupełnie nowych wniosków życiowych, w tym takiego, że bezwzględność w biznesie nie powinna iść w parze z okrucieństwem wobec własnej rodziny. Co mocno zszokowało jego małżonkę.

4. sezon zastaje więc Russellów na rozstajach, i to po kilkumiesięcznym przeskoku czasowym (Gladys już rodzi dziecko), ale nie doprowadza Berthy do załamania czy też przemiany. Nie, ona niczym generał robi po prostu dalej swoje, zarządzając domem i szukając kolejnych zwycięstw nad innymi paniami z socjety. Dopóki którakolwiek z nich jeszcze oddycha, Bertha nie odpuści. Polem bitwy w tym sezonie staje się kolacja z prezydentem Stanów Zjednoczonych, którą ma wydawać ciotka Agnes (Christine Baranski). Jej przeciwniczka z nowobogackiego domu naprzeciwko szybko jednak zauważa, że ma szansę jej podebrać ten zaszczyt – i taniec zaczyna się na nowo.
Przy okazji 4. sezonu Vulture napisało, że "Pozłacany wiek" opanował do perfekcji sztukę trywialnego dramatu – co prawdopodobnie jest najtrafniejszą rzeczą, jaką można powiedzieć o serialu HBO, a już zwłaszcza w tym roku. Rozdmuchana poza granice ludzkiego pojmowania drama z prezydencką kolacją to najlepszy przykład. Ten przepyszny, przezabawny, ale i lekko przerażający wątek skrzy się od błyskotliwych dialogów, ostrych wymian zdań i "walk kociaków", a do tego ma niesamowitą oprawę, zwłaszcza kiedy rzeczony posiłek wreszcie dochodzi do skutku. Serial HBO ma już za sobą wystawne sceny ze stołami uginającymi się od jedzenia, ale takiego teatru z kelnerami dzierżącymi wypakowane po brzegi tace i ludzkimi emocjami buzującymi pomiędzy przystawką a (spóźniającym się) daniem głównym jeszcze nie było.
Pozłacany wiek sezon 4 – hit HBO ma nowy duet gwiazd
O ile jednak poprzednie sezony w dużej mierze upływały pod znakiem lekkiego melodramatu z mocnym dodatkiem humoru i typowej dla Juliana Fellowesa (twórcy "Downton Abbey") nostalgii za tym, co już nie wróci, ten – niczego oczywiście nie rewolucjonizując – skręca w paru momentach w mroczniejszym kierunku. Począwszy od koszmarnego porodu Gladys w 1. odcinku, przez upadek George'a, aż po historię Peggy (Denée Benton), której happy end nabiera słodko-gorzkiego wymiaru, "Pozłacany wiek" zapuszcza się w rejony, których wcześniej się obawiał. Nie tracąc nic z tego, za co pokochaliśmy styl Fellowesa – a umówmy się, nie pokochaliśmy go za złożoność charakterów czy realistyczne portretowanie epoki – serial HBO to i owo pogłębia, rozpoczynając dyskusje, na które jeszcze rok temu nie miał odwagi.

To nie jest oczywiście tak, że nagle oglądamy inny serial, ale zmianę tonu da się wyczuć. W 4. sezonie nawet typowo rozrywkowe wątki mają w sobie głębsze dno społeczne, a wystawna drama przestaje być atrakcją samą w sobie. Przynajmniej w jakimś stopniu. Tak jest zwłaszcza z George'em Russellem staczającym w tym sezonie walkę z własnymi demonami – walkę, która nawet współcześnie w przypadku mężczyzny u władzy byłaby tematem tabu. Takich wątków znajdzie się w serialu więcej, w tym jeden, o którym za wcześnie mówić w tym momencie. Koniec końców nie spodziewajcie się jednak rzeczywiście odważnych rozwiązań – Fellowesa można kochać albo nie, ale nie można oczekiwać, że nagle zmieni się o 180 stopni i zacznie pisać zupełnie inaczej.
Wśród mniej i bardziej rozrywkowych wątków mamy więc ciąg dalszy romansowego rollercoastera Larry'ego (Harry Richardson) i Marian (Louisa Jacobson), nową znajomość ciotki Ady (Cynthia Nixon) czy kolejny rozdział historii Jacka (Ben Ahlers) i jego American dream. Jednym z najlepszych wątków okazuje się jednak ten należący do dwójki bohaterów do tej pory egzystujących na drugim planie – czyli Oscara (Blake Ritson) i Enid (Kelley Curran), którzy w finale 3. serii postanowili razem podbić świat.

Po paru miesiącach "narzeczeństwa" swoją groźbę spełniają, rozpoczynając pełen czystego funu sezon niekonwencjonalnym weselem i kontynuując zabawę podczas ekstrawaganckich salonów, które zaczynają razem wydawać. Ritson i Curran, niesamowicie zgrani jako "partnerzy w zbrodni", wpuszczają do "Pozłacanego wieku" tyle świeżego powietrza, że momentami będziecie mieć wrażenie, jakbyście oglądali zupełnie inny serial. Ich bohaterowie szybko przemieniają się w power couple sezonu, przenosząc tę historię w nowe, niezbadane miejsca. Ich wątek prezentuje się na ekranie wybornie, począwszy od szału kostiumów i scenografii, a skończywszy na nieodpartej chemii, świetnych tekstach, jak i wrażeniu, że oto oglądamy głód życia w czystej postaci. Dwójkę osób, które po latach bycia niedocenianymi, pogardzanymi i traumatyzowanymi na różne sposoby, sięgają po wszystko i jeszcze więcej. I słusznie.
A kiedy już przyzwyczaicie się do dekadenckich szaleństw w ich towarzystwie, do ich nieprawdopodobnej ambicji i pomysłów jak z "Plotkary", na ekran wjedzie coś zupełnie innego, coś niepokojącego. Coś, co cały czas czaiło się w tej relacji, tylko i my, i oni uparliśmy się to ignorować. Przed wami fantastyczna jazda, a o Ritsonie i Curran bez większej przesady można powiedzieć, że to najjaśniejsze gwiazdy tego sezonu. Będziecie z nimi na dobre i na złe, zdumieni, jak szybko przyćmili największe nazwiska.
Pozłacany wiek – sezon 4 jest najlepszy ze wszystkich
Co najważniejsze, "Pozłacany wiek", mając cztery sezony na karku, ani trochę nie sprawia wrażenia weterana. Podczas gdy znaczna część seriali do tego czasu wypala się i staje się cieniem samych siebie, kostiumowa drama HBO ma się świetnie. Osadzona w szybko zmieniających się czasach (teraz już mamy 1885-1886 rok) fabuła, choć wciąż daleka od nowatorskiej, ma w sobie dość świeżości, byśmy raz jeszcze mogli wkręcić się w te, owszem, zwykle trywialne, ale też przepysznie rozplanowane gierki pomiędzy ludźmi, którzy budują nowy świat. Świat, w którym jakiś czas później odnajdzie się i Fitzgerald, i Capote, i nasza stara dobra znajoma z Upper East Side – Plotkara.

Rozmach i przepych, dbałość o szczegóły i skrzące dowcipem dialogi, zamieniane w złoto przez obsadę godną niejednej Emmy, to najlepsze, co "Pozłacany wiek" miał i ma do zaoferowania. Sama historia opowiadana przez Fellowesa ani nie odmieni świata, ani nie zrewolucjonizuje gatunku dramatu kostiumowego – ale w zupełności wystarczy, żeby dobrze się bawić, a od czasu do czasu poczuć też coś więcej. Niezależnie od tego, czy uwielbiacie ambitnych Russellów, czy kibicujecie najsłodszej serialowej parze, która wciąż nie może się zejść, czy pokochacie duet Enid i Oscara, emocji nie zabraknie.
Bez większej przesady można powiedzieć, że "Pozłacany wiek" jeszcze nigdy nie był tak dobry – pod każdym względem. Realizacyjnie to zawsze była najwyższa półka o iście oscarowym rozmachu, a w tym sezonie rośnie też poziom dramy. Czy to wciąż najbardziej banalny i "najmniej HBO-wski" z ambitnych seriali kostiumowych? Oczywiście. Ale może właśnie dlatego tak trudno mu się oprzeć. Oglądajcie.