"Sons of Anarchy" (6x13): Gdy słowa to za mało

Są takie odcinki, o których ciężko napisać cokolwiek. Jakie by to nie były słowa, wciąż będzie to za mało. Właśnie taki był finał szóstego, przedostatniego już sezonu "Sons of Anarchy". Uwaga na duże spoilery.

Emocje opadły? Można już na spokojnie usiąść i napisać podsumowanie "Sons of Anarchy"? Nic z tych rzeczy. Wciąż jestem w szoku, wciąż mam TĘ SCENĘ przed oczami i pewnie będę miał jeszcze długo. Kurt Sutter zabawił się w George’a Martina i w ciągu jednego sezonu za sprawą kilku śmierci przewrócił wszystko do góry nogami. Dzięki temu finałowe odcinki "Sons of Anarchy" zapowiadają się niezwykle emocjonująco. Głębszego dołu niż ten, w który wpadł Jax i cały klub, już chyba nie uda się Sutterowi wykopać.

Nigdy nie oczekiwałem od "SoA" happy endu. Ten serial jest tak skonstruowany, tak napisany, że szczęśliwe zakończenie po prostu nie wchodzi w grę. Jednak miło byłoby zobaczyć po drodze kilka uśmiechów na twarzach, łzy radości, nie rozpaczy. Niestety, ten, który tchnął w bohaterów życie, stwierdził, że będzie ono usłane cierpieniem. A to przez błędne decyzje, za które wszystkim przychodzi zapłacić najwyższą cenę.

Przez cały finał towarzyszyło mi to uczucie. Znacie je na pewno - oglądacie serial i nieustannie macie wrażenie, że zaraz wydarzy się coś niedobrego. Majowie zabijający kilka Dziewiątek? Nie, to jeszcze nie to. Z czasem stajecie się pewni tego, co zaraz musi się wydarzyć, a myśl, że nie możecie pomóc niczego nieświadomym bohaterom, tylko was frustruje... W końcu dochodzi do tragedii, ale żadne "A nie mówiłem?" nie ciśnie się na usta. Przeżywacie ją razem z bohaterami, niemal czując te same emocje, co oni.

Tara musiała zginąć. Jej śmierć była logiczną konsekwencją całego sezonu, a sam Sutter ponoć już od dawna wiedział, że ta postać nie dożyje finałowej serii. Mimo to nie znajdziemy pewnie osoby, która nie byłaby poruszona ostatnią sceną z jej udziałem. Najbardziej niewinna (choć w "SoA" nikt nie jest niewinny) bohaterka, która w cały ten zgiełk została wrzucona jakby przez przypadek, z najbardziej prozaicznego powodu – miłości, ginie w sposób, na jaki absolutnie nie zasłużyła. Obrazu Tary brutalnie zadźganej przez Gemmę jeszcze długo nie pozbędę się sprzed oczu.

Oczywiście finał nie ogranicza się tylko do tej jednej sceny. Charlie Hunnam był niesamowicie autentyczny w scenie, gdy Jax znajduje martwą Tarę, nieco wcześniej to Maggie Siff absolutnie mistrzowsko wypadła podczas ich rozmowy w parku. W tym odcinku na zupełnie inny poziom wchodzą relacje między Gemmą i Juicem. Tę dwójkę najpierw łączył tylko Clay, teraz to, że oboje nieświadomie zdradzili Jaxa, przez co stali się czymś w rodzaju partnerów w zbrodni. Nie należy także zapominać o Nero. Niegdyś przyjaciel, już za chwilę może zamienić się we wroga. Sam Jax przygotowujący się do opuszczenia klubu i przekazujący władzę (zauważyliście krótkie spojrzenie Chibsa, gdy to Bobby został poproszony o przewodzenie klubowi?) wreszcie wydawał się dojrzały, tej dojrzałości często brakowało mu przy podejmowaniu innych decyzji.

Gdy wyglądało na to się, że Jax i klub wreszcie wychodzą na prostą, nastąpił upadek boleśniejszy od wszystkich poprzednich. Finałowy sezon zapowiada się na najmroczniejszy z dotychczasowych. Ta historia nie może się dobrze skończyć, po tym, co już się wydarzyło, nie jest to możliwe. My to wiemy, Sutter zapewne też to wie, pozostaje zatem czekać na ostatnie nieodkryte fragmenty jego dzieła. Jednak zanim je zobaczymy, minie jeszcze wiele miesięcy. W tym czasie zdążę wrócić do finału tego sezonu. Może wtedy znajdę lepsze słowa, aby go opisać.

REKLAMA