"How I Met Your Mother": Połowa udręki za nami

Jak poznałem waszą matkę

Jak poznałem waszą matkę

Cristin Milioti – oto lista zalet ostatniego sezonu "HIMYM". Na szczęście ponad połowa odcinków już za nami, jeszcze tylko trzy miesiące i koniec udręki.

Nie było wyjścia. Finałowy sezon "HIMYM" musiał podnieść ten serial z dna, na którym osiadł gdzieś na początku poprzedniej serii. Niestety, już teraz możemy stwierdzić, że nic z tego nie wyszło. I nie pomogła nawet cudowna Cristin Milioti, dzięki której jestem jeszcze w stanie oglądać tę produkcję.

Pierwsze wrześniowe spotkanie z "HIMYM" nie zwiastowało katastrofy – było całkiem zabawnie, nieco lepiej poznaliśmy Matkę, to był naprawdę obiecujący zwiastun reszty sezonu. Problem w tym, że jak to często bywa ze zwiastunami, mieliśmy do czynienia ze zwykłym oszustwem – najlepsze momenty (do wybitnych i tak im daleko) zaprezentowano na początku, później było już fatalnie.

Zwłaszcza wątek Marshalla w pierwszej połowie sezonu skopano dokumentnie. Zastanawiam się, jaką męką dla Jasona Segela musiało być siedzenie w samochodzie przez większość dotychczasowych odcinków. Nie było ŻADNEJ sensownej sceny, odkąd ruszył w drogę ze swoją towarzyszką, której imienia już nawet nie pamiętam.

Jego żona nie prezentowała się dużo lepiej. Rola Lily póki co ogranicza się głównie do picia kolejnych drinków i narzekania na męża, który przyjął ofertę bycia sędzią, mimo ustalonego wcześniej wyjazdu do Włoch. Coś więcej? Ciężko cokolwiek powiedzieć, Lily i resztę bohaterów dopadła ta sama choroba – bycie. Wszyscy oni po prostu są i bez żadnego wyraźnego celu snują się po ekranie. Być może coś zmieni się w najbliższych odcinkach, ale jakoś w to nie wierzę. Nie mam podstaw.

Nie mam już siły patrzeć na nieszczęśliwego Teda, zapewniającego każdego, że wszystko z nim w porządku. Jedyny wyjątek to sceny z przyszłości, w których występuje razem z Matką. Nie udało się i już się nie uda z Robin, przelotna znajomość z rozdygotaną emocjonalnie Cassie była jedną wielką pomyłką, pozostało nam już tylko czekać, aż wreszcie spojrzy w piękne oczy Matki. Do tego wiekopomnego wydarzenia na szczęście coraz bliżej – 200. odcinek pt. "How Your Mother Met Me" zobaczymy jeszcze w styczniu. Być może wreszcie zobaczymy prawdziwy popis Cristin Milioti. Póki co jest jej zdecydowanie za mało, a gdy już jest, twórcy wybitnie marnują jej potencjał.

Do ślubu Robin i Barney’a została już niecała doba, a ja nadal nie wiem, dlaczego ta dwójka właściwie jest ze sobą. Owszem, Stinson często szykuje dla swojej partnerki wypasione niespodzianki, ale chemii między nimi jest tyle, co między Tuskiem i Schetyną. Cały czas nie mogę się przyzwyczaić do Barneya żyjącego w sformalizowanym (a co gorsza, monogamicznym!) związku. No ale dobra, przecież każdy kiedyś dorasta, prawda?

Ostatni sezon "HIMYM" jest naprawdę słaby. Bardzo słaby. Serialowi nie pomoże już nic, nawet gościnne występy znanych i lubianych postaci. To wszystko zwyczajnie zdążyło się przejeść. Ratunkiem miało być umieszczenie całej akcji podczas jednego weekendu w Farhampton oraz krótkie wycieczki w przeszłość i przyszłość. Niestety, cały format szybko się znudził, akcja posuwa się do przodu wyjątkowo wolno. Serialu nie ratują nawet odcinki, które z założenia miały być szansą na złapanie oddechu i zapomnienie na moment o weselnej atmosferze.

Zostało 11 odcinków. Niech Ted wreszcie pozna tę Matkę. Niech to się wreszcie skończy.