Pazurkiem po ekranie #12: Płakałam po Doktorze

"Doktor Who" (Fot. BBC One)

"Doktor Who" (Fot. BBC One)

W tym roku spędziłam święta z dwoma brytyjskimi serialami - "Doktorem Who" i "Downton Abbey". Uwaga na duże spoilery dotyczące ich obu.

Jeśli miałabym wymienić dwie rzeczy, które mnie cieszą w związku ze świętami, to pewnie byłyby to specjalne odcinki brytyjskich seriali, i to, że przez kilka dni mogę do woli oddychać czystym powietrzem. Naprawdę! Dopiero kiedy człowiek opuści Kraków, czuje różnicę. Są na tym świecie, w tej Polsce, na tej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej miejsca, które nie śmierdzą spalenizną przez całą zimę. Taka Częstochowa na przykład.

Miasto, które z roku na rok staje się coraz bardziej wypucowane, a które turysta przybywający w środku bezśnieżnej zimy i tak widzi w szarościach. Z przodu wieża, z tyłu komin, pośrodku mnóstwo niczego. Nie zrozumcie mnie źle, szarości bywają piękne i szlachetne, ale w wigilijne popołudnie to były dla mnie po prostu szarości. Być może to dlatego, że już było mi smutno. Na zapas.

Bo tymczasem w tej drugiej rzeczywistości...

...straciliśmy Doktora. Co prawda od razu zyskaliśmy nowego Doktora, ale wcześniej ten szatan w ludzkiej skórze, Steven Moffat, zmusił nas, żebyśmy przepłakali dobre pół odcinka, widząc, jak nieuniknione staje się coraz bardziej namacalne. Warto docenić, że Moffatowi udało się pospiesznie, ale chyba całkiem zgrabnie zamknąć kilka wątków związanych z Jedenastym, przypomnieć, za co go tak uwielbialiśmy przez 1454 dni i 43 odcinki ("cool is not cool!") i przyprawić wszystko taką ilością humoru, że śmialiśmy się przez łzy.

"The Time of the Doctor" rozłoży na czynniki pierwsze w swojej recenzji Bartek, ja tu jestem tylko po to, żeby powiedzieć, że płakałam po Doktorze. Że wszystkie te emocjonalne pułapki, zastawiane jedna po drugiej przez Moffata, podziałały na mnie jak trzeba. Stary Władca Czasu i Clara. Amy żegnająca swojego Doktora słowami "Raggedy Man, goodnight". Muszka spadająca na podłogę. Jeśli nie uroniliście ani jednej łzy, nie jesteście ludźmi.

A chwilę potem totalna zmiana nastroju. Obietnica nowej przygody, którą ma spełnić Peter Capaldi. Nowy Doktor, z nowymi nerkami. Któremu nie podoba się kolor (nerek!?). I oczywiście, że nie wie, jak się lata "tą rzeczą", skąd miałby! Szkoda, że widzieliśmy go przez mniej niż pół minuty, szkoda, że tyle musimy czekać, szkoda, szkoda, szkoda. Ale czy nie czujecie się jak dzieci, czekające aż będą mogły otworzyć prezent leżący pod choinką?

Umarł Doktor. Niech żyje Doktor!

"Nigdy nie jestem podekscytowana"...

...mówi Daisy do młodzieńca z Ameryki, któremu wyraźnie się spodobała. I tak przez cały odcinek, tylko w różnej formie i z różnymi bohaterami. "Downton Abbey" znów postawiło na zderzenie światów - i dobrze zrobiło. Pamiętam, jakim koszmarem był zeszłoroczny odcinek świąteczny, dlatego cieszy mnie, że w tym roku było po prostu sympatycznie i przyjemnie. I że nikt nie umarł w idiotyczny sposób.

Shirley MacLaine wyglądała jeszcze bardziej krzykliwie niż poprzednio, brat Cory na tle angielskich dżentelmenów wypadł jak kompletny barbarzyńca, nawet włamanie zaplanowane przez Roberta pasowało do tego klimatu idealnie. A kiedy pan Carson zdjął buty i na dokładkę wziął za rękę panią Hughes, nie wiedziałam już, gdzie oczy podziać! Albo ten tekst pani Patmore: "Wszystkie kobiety potrzebują, żeby ktoś im od czasu do czasu okazał odrobinę zainteresowania. Najlepiej w sposób, który nie jest do końca właściwy".

"Downton Abbey" w tym roku jest szalone. Coraz śmielsze, coraz bardziej bezwstydne, wciąż tak samo stylowe. Przy okazji, jak Wam się podobała impreza w Pałacu Buckingham? Bo mnie bardzo, zawsze fajnie popatrzeć, jak ktoś robi użytek z piór.

Nie poznaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania - na przykład wciąż nie wiemy, czy pan Bates TO zrobił. Wiemy tylko na pewno, że był w Londynie feralnego dnia. Jesteśmy też bogatsi o wiedzę, co zrobiła i co zamierza zrobić lady Edith. Możemy się domyślać, że jej ukochany jednak żyje, tylko wpadł w porządne kłopoty (tak przynajmniej mi się wydaje). Uważam za całkiem prawdopodobne, że i ją w końcu spotka happy end, a na razie cieszę się, widząc, jak podejmuje właściwą decyzję.

Krótko mówiąc, to były całkiem udane święta.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu w te święta? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Za tydzień znów widzimy się w czwartek, a nie środę, ze względu na noworoczną premierę "Sherlocka". Potem już wszystko wróci do normy. Zapraszam!