10 najlepszych seriali 2013 roku wg Marty Wawrzyn

"Breaking Bad" (Fot. AMC)

"Breaking Bad" (Fot. AMC)

Po raz kolejny na Serialowej podsumowujemy mijający rok. Od dziś do końca grudnia będziemy prezentować nasze dziesiątki najlepszych seriali.

Za nami ciekawy rok w telewizji, ale kiedy zabrałam się za przygotowywanie mojej dziesiątki najlepszych z najlepszych, okazało się, że nie tak łatwo znaleźć aż dziesięć seriali, które podobały mi się w 100%, bez żadnych "ale". Być może robię się coraz bardziej wybredna, być może "ciekawy rok" to wcale nie "bardzo dobry rok".

Kompletną porażką okazała się większość jesiennych nowości, w szczególności zaś komedii (oprócz "Brooklyn Nine-Nine" oczywiście). Latem nie było lepiej - zawiodły "Low Winter Sun" i "Under the Dome", a "Ray Donovan" okazał się w najlepszym razie przyjemnym przeciętniakiem.

Na mojej liście - tak różnej od tej sprzed roku! - rządzą produkcje Netfliksa. Rok temu nie miałam odwagi pomyśleć, że seriale de facto internetowe aż tak namieszają w telewizyjnym światku. Nie sądziłam też, że większość z szumnie zapowiadanych wielkich hitów ("The Following", "Dracula", "Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D.") zawiedzie aż tak.

Mimo wszystko to był rok miłych niespodzianek i "małych" seriali - niszowych produkcji, których nie reklamowano z wielką pompą. Takich jak "Orphan Black", "Top of the Lake" czy "The Fall". Wszystkie trzy były na samym początku kandydatami do mojej dziesiątki, w końcu jednak z nich zrezygnowałam (ale wszystkie bardzo cenię).

Gdybym wybierała 20 najlepszych seriali roku, oprócz wymienionej trójki rozważyłabym takie tytuły, jak: "Brooklyn Nine-Nine", "Hannibal", "Parks and Recreation", "Downton Abbey", "Gra o tron", "Veep", "Luther" (świetne pożegnanie, ale początek mocno niemrawy), "Doktor Who" (czemu zawsze obok rewelacyjnych odcinków muszą być takie koszmarki, jak "The Rings of Akhaten"?), "The Americans" i "Zakazane imperium" (moim zdaniem 4. sezon bije na głowę trzeci).

Koniec końców, po dwudniowych naradach i kłótniach z samą sobą, wybrałam 10 moich ulubionych seriali tego roku.

10. "House of Cards". To nie jest ani najlepszy, ani najbardziej oryginalny serial Netfliksa. Nie ma w nim nic nowego ani tym bardziej świeżego, taką produkcję równie dobrze można by zrobić w 2000 roku (oczywiście wtedy nie byłoby Twittera ani Slugline'a, ale wszystko inne pozostałoby bez większych zmian). Skąd więc miejsce w dziesiątce? Bo to pierwszy serial z internetu, o którym wszyscy mówią. Bo wciąga jak diabli - obejrzałam cały sezon w trzy dni. Bo uwielbiam polityczne gierki, tak, w uproszczonej wersji też. Bo są tu fascynujący bohaterowie - wiadomo, Frank Underwood, ale też jego żona, Claire, czy młoda dziennikarka Zoe Barnes. Bo nie brak tu emocji, tak szalonych, że Shonda Rhimes może się schować.

9. "Arrested Development". Powrót kultowej komedii po sześciu latach przerwy podzielił krytyków. Rzeczywiście, początek do najzabawniejszych nie należał, ale jak się potem rozkręciło...! W nowym sezonie "AD" najlepsza jest sama forma: scenarzyści wrzucają nas w sam środek historii - wiadomo, u Bluthów sporo się zmieniło przez lata - i każą nam się orientować. Z biegiem czasu wszystko zaczyna się zazębiać i układać w logiczną całość. Powracają stare gagi, w obsadzie znów pojawia się niesamowita chemia i z odcinka na odcinek jest coraz śmieszniej. Mój ulubiony to "Colony Collapse", ten o GOB-ie, ale w zasadzie kocham cały sezon. A ponieważ komedie nie miały najlepszego roku, "Arrested Development" prezentuje się jak perełka w morzu wiecie czego.

8. "Justified". Perfekcyjnie napisany scenariusz, błyskotliwe dialogi, znakomite występy gościnne, niepowtarzalny klimat zaściankowego Kentucky, coraz bardziej mroczni główni bohaterowie - "Justified" to wciąż serialowa pierwsza liga. Nie bez powodu prawie wszystkie odcinki 4. sezonu lądowały w Hitach tygodnia.

7. "Broadchurch". W tym roku to nie "The Killing", a właśnie "Broadchurch" jest wzorem telewizyjnego kryminału. Brytyjczycy po mistrzowsku pokazali, co się dzieje ze społecznością, w której ktoś morduje dziecko; jak dziesiątki ludzi reagują na jedno wydarzenie. Choć emisję 1. sezonu zakończono w kwietniu, wciąż migają mi przed oczami zbiorowe sceny, jak ta, w której miasteczko rozbłysnęło mnóstwem świateł dla Danny'ego. Wciąż pamiętam uczucie niepokoju, pamiętam charakterystyczne sekwencje w zwolnionym tempie, piękne, zimne zdjęcia i idealnie dobraną muzykę. I świetnego Davida Tennanta, i jeszcze lepszą Olivię Colman. Nic dziwnego, że Amerykanie też się zakochali i już robią własną wersję.

6. "Masters of Sex". Nie było jeszcze serialu, który w sposób tak mądry, dojrzały i naturalny mówiłby o seksie. Historia pionierskich badaczy ludzkiej seksualności to jedna z najlepszych premier tego roku, serial piękny i inteligentny, z dużą wrażliwością podejmujący trudne tematy, jak barbarzyńskie metody "leczenia" homoseksualizmu. Lizzy Caplan i Michael Sheen znakomicie grają dwójkę głównych bohaterów - skomplikowane, wyraziste postacie, którym kibicuje się od pierwszej chwili. A przecież na nich się nie kończy, "Masters of Sex" pełne jest interesujących bohaterów, szukających miejsca w świecie, którym rządzi hipokryzja.

5. "A Young Doctor's Notebook". Z brytyjskich perełek to właśnie tę w tym roku polecam najbardziej. Serialowa adaptacja "Zapisków młodego lekarza" Michaiła Bułhakowa w 2. sezonie zachwyca czarnym humorem, totalnym surrealizmem i doskonałym aktorstwem - Jon Hamm i Daniel Radcliffe nie tyle grają starszą i młodszą wersję tej samej osoby, oni są tą samą osobą. "A Young Doctor's Notebook" to serial gorzki, choć wywołujący salwy śmiechu, zabawny, choć ponury, dojrzały i pełen życiowej mądrości, przemycanej zwykle cichaczem, między słowami.

4. "Mad Men". Jedno z moich największych rozczarowań roku - i miejsce czwarte? Oczywiście, bo "Mad Men" w najsłabszej formie to wciąż cholernie dobry serial! Choć w 6. sezonie jest wiele rzeczy, które bym poprawiła, opowiedziała inaczej albo wręcz całkiem wyrzuciła, "Mad Men" to nadal serial wielki. Czuć to w każdym kadrze, w każdym geście, w każdym, nawet mało znaczącym dialogu. To, że fabuła bywa średnio interesująca, koniec końców przestaje mieć znaczenie, tu chodzi o to, żeby zapalić i porządnie się przy tym zaciągnąć. I poczuć się przy tym najlepiej na świecie.

3. "The Good Wife". Nie tylko w kablówkach potrafią robić seriale! "The Good Wife", prawniczy procedural z mocno zarysowanym wątkiem głównym jest jak wino - im starszy, tym lepszy. W 5. sezonie serial znajduje się w szczycie formy. Niemal każdy odcinek zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Twórcy dawkują je niczym zawodowi egzekutorzy, co tydzień zostawiając widzów poturbowanych i jednocześnie błagających o więcej. I tak do końca sezonu. A potem chcę jeszcze jeden, i jeszcze...

2. "Orange Is the New Black". Więzienny koszmar w komediowej, z pozoru tylko lekkiej oprawie. Nie wierzyłam w ten serial przed premierą, przyznaję. Chyba każdy, kto widział ostatnie sezony "Trawki", stracił zaufanie do Jenji Kohan. A jednak jej powrót to wielki triumf: zachwyty krytyków, nominacje do prestiżowych nagród, niesamowity szum w internecie. I zasłużenie - "Orange Is the New Black" to w tym roku ścisła czołówka. Produkcja Netfliksa jest świeża, doskonale napisana, ironiczna, ostra. Inteligentna, pełna emocji, zabawna, kolorowa, szalona, zastanawiająca, wkurzająca, dziwna, przygnębiająca. Największą jej siłą są bohaterki - kobiety z krwi i kości, które łączy to, że zostały w jakiś sposób uszkodzone przez życie. Więzienie, w którym wylądowały, to miejsce pełne absurdów, bezsensownych zasad i ludzi zniszczonych przez idiotyzmy systemu, ale i miejsce, w którym można odnaleźć siebie. Brawa dla Jenji Kohan za ten fantastyczny powrót.

1. "Breaking Bad". Szalona jazda bez trzymanki dobiegła końca, pożegnaliśmy bohaterów "Breaking Bad". I chyba wszyscy z nas, nawet ci, którzy kręcili nosami na finał, mają poczucie, że uczestniczyli w czymś wielkim. Każdy odcinek - co tam odcinek, każda scena! - finałowego sezonu to czysta perfekcja. Ocena 10/10, przyznana przez użytkowników IMDb "Ozymandiasowi" to tylko jeden z licznych dowodów na to, jak niezwykłe jest to, co stworzył Vince Gilligan i jego ekipa. "Breaking Bad" to absolutnie najlepsza rzecz, jaką obejrzałam w tym roku, a może i dekadzie. Zaś Walter White - nauczyciel chemii, który dowiedziawszy się, że ma raka, rozpętał piekło na ziemi, by wreszcie poczuć, że żyje - jest jednym z najciekawszych bohaterów, jacy kiedykolwiek zagościli na małym ekranie.