10 najlepszych seriali 2013 roku wg Marceli Szych

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

Jeśli nie macie jeszcze dość naszych podsumowań roku, oto kolejne. Trochę inne niż wszystkie poprzednie.

W mijającym roku nie obejrzałam zbyt wielu dobrych seriali, nie oglądałam zbyt wielu seriali w ogóle. W dużej mierze wynikało to z nieuzasadnionego braku pociągu do nowości. Poprzestałam na tym co sprawdzone. Na mojej liście nie znajdziecie niczego zaskakującego. Nie ma tu więc zbyt wielu nowości, nie ma nawet "Breaking Bad", które wiecznie obiecuję sobie nadrobić. Są za to dwie komedie i komediodramat, i kryminały. Nie sposób ukryć, że w serialach szukam prostych przyjemności.

10. "Brooklyn Nine-Nine". O nie, Marta, absolutnie "B99" nie jest dla mnie "parkami na posterunku". Brak im czegoś konkretnego, żeby doścignąć mojego komediowego ideału. A jednak jest Andy Samberg. Jakim cudem kiedykolwiek myślałam, że ten facet jest brzydki – nie mam pojęcia. Teraz biję się w obie piersi – Andy jest najlepszy. W mojej opinii jest maszyną napędową serialu i to 10. miejsce w moim rankingu jest właśnie dla niego.

9. "Miss Fisher’s Murder Mysteries". Oglądam sporo kryminałów. Te, których akcja dzieje się na początku XX wieku, lubię najbardziej. Panna Fisher to bohaterka australijskiej produkcji, która jak dotąd liczy sobie dwa sezony. Phryne jest piękna, bogata, pewna siebie i wyzwolona. I na tyle sprytna, że z lekkością i powabem rozwiązuje przeróżne kryminalne zagadki. Wszystko w scenerii Melbourne lat 20. ubiegłego wieku. Lubię zadziorną Phryne, jej przyjaciółkę Mac, poważnego inspektora Jacka, nieśmiałą pokojówkę Dot i całą plejadę postaci, które przewijają się w serialu. Szczególnie przyjemnie ogląda się zimą, nawet gdy to zima udawana, jak nasza tegoroczna.

8. "Ice Cream Girls" Brytyjski miniserial o zbrodni z przeszłości. Przepadam za tym klimatem, rodem z "Cold Case". Tajemnice i zagadki sprzed lat, zmarnowane lata, nastoletnie przyjaźnie i namiętności. To wszystko do znalezienia w trzech odcinkach "Ice Cream Girls". Może być nawet szaro, buro i ponuro, szczególnie gdy obejrzymy sobie latem.

7. "Parks and Recreation". Parki to mój przehiperduperturboburbonajulubieńszy serial komediowy. Były słabsze momenty, pamiętam, przyznaję. Jak mogłyby się nie pojawić, skoro to już szósty sezon serialu, którego siła opiera się na powtarzalności, na stałych (niezmiennie śmiesznych) cechach głównych bohaterów. W tym sezonie twórcy poradzili sobie z rutyną, znaleźli sposób na nieustanną świeżość. Ktoś się odsunie, ktoś nowy przybędzie. Eagleton i Pawnee zjednoczone na nowo, Ron zostanie ojcem, Tom zakocha się ze wzajemnością. Sporo się zmieni, ale Leslie nadal będzie sobą. I nie przestanie zajadać się goframi.

6. "American Horror Story: Coven". Jest kobiecość, wspólnotowość, butna młodość, smutna starość, trochę czarów, jest piękna i zła Jessica Lange. Mało horroru jako takiego, nie boję się tak jak w pierwszym sezonie, nie jestem zmęczona jak w drugim. Może to trochę bardziej dorosła i rozbudowana wersji "Pretty Little Liars", ale mnie pasuje. Naprawdę nieźle, szczególnie gdy uwielbia się czarownice.

5. "Poirot". To nie jest klasyczny serial. Każdy odcinek można oglądać osobno i poza kolejnością. Ubóstwiam Herkulesa, jego słodkie wąsiki, jajowatą głowę, pomadę na włosach i przenikliwe szare komórki. David Suchet stworzył świetną postać, co często powtarzane, najbardziej wierną książkowemu detektywowi. Owszem, wolę wcześniejsze odcinki przygód Poirota, ale śledzę je od tak dawna (pierwsze powstały w 1989 roku), że czuję jakbym żegnała dobrego kompana. Właśnie wyemitowano ostatni odcinek serialu. "Kurtyna" to najsmutniejsza historia, w jakiej brali udział Poirot i Hastings, z naprawdę zaskakującym zwrotem w fabule. Nie ma chyba na świecie czytelniczki czy też widza, którym przyszłaby do głowy właściwa odpowiedź na klasyczne w kryminale pytanie "kto zabił?".

4. "Mad Men". Madmenowym malkontentom mówię stanowcze "nie"! Serial jest genialny, jest wręcz literacki i zawsze będę go uwielbiać. Nie widzę tego spadku formy, na który wszyscy narzekają (choć może nie jestem nastawiona tak mocno analitycznie). Szaleję za Donem, widzę, że wciąż spada, że jest coraz niżej, że znalazł się w mrocznym, szarym labiryncie. Nie nudzę się, patrząc na niego, przeciwnie - przeżywam, od pięt po końce uszu.

3. "The Good Wife". To naprawdę dobry serial prawniczy. Z elementami politycznymi. Bez słabizn. Oglądając każdy odcinek, czuję się jakbym była dopuszczona do tajemnic dostępnych niewielu. Jak gdyby ktoś pozwolił mi na podglądanie w akcji. Alicia jest piękna, inteligentna i wciąż jej kibicuję, Will jest ładny, inteligentny i wciąż jestem w nim zakochana. Uwielbiam postacie drugoplanowe, intrygi i zmagania na tej właśnie sali sądowej.

2. "Sons of Anarchy". SoA uwielbiam w całości, nawet w słabszych momentach tego serialu. Akcja, muzyka, sporo humoru mimo dramatów, braterstwo i gangsterka. Niegrzeczni chłopcy na ciężkich motocyklach, czego więcej może chcieć dziewczyna? Czasem przychodzi ocknięcie i chwila refleksji – np. jak wiele gangów może współdziałać na niewielkim w sumie terenie, albo czy naprawdę tak łatwo przechytrzyć organy ścigania? Niezależnie od rozstrzygnięcia takich kwestii, zazwyczaj SoA ogląda się naprawdę dobrze. W tym sezonie było lepiej niż dobrze, było najlepiej, wszystko przewróciło się na łeb, na szyję. Już wydarzenia połowy sezonu zapowiadały mocną końcówkę, ale ostatni odcinek zupełnie poskładał większość widzów. Niemal odczuwalny ból Jaxa, przekraczająca wszelkie granice Gemma (nadal lubię tę przerażającą kobietę) i zupełny brak pomysłu na to, co będzie dalej. Nie mogę doczekać się finałowego sezonu, mam nadzieję, że Jax przestanie wreszcie być cierpiącym młodym Werterem, a to, co się wydarzy, położy nas na łopatki.

1. "Orange Is the New Black". Po zakończeniu "Weeds" przyjęłam żałobę po Jenji Kohan. Byłam jej wielką fanką, ale ostatnie sezony przygód Nancy Botwin i jej świty straszliwie mnie rozczarowały. Jak dobrze, że Kohan powróciła z nową produkcją. "Orange Is the New Black" musiało zająć u mnie pierwsze miejsce. Ten serial to absolutna świeżynka, nie tylko dlatego, że to po prostu nowość. Netflix wypuścił odcinki cięgiem, co znacznie ułatwiło przyssanie się do serialu.

Miejsce akcji jest naprawdę niebanalne. Trochę bałam się, że serial o więzieniu będzie zbyt ponury jak na moje bieżące zapotrzebowanie. Owszem, "Orange" jest gorzkie, co chwilę widzimy, jak jednostka przegrywa z systemem, a smutnych historii jest tam tyle, co w wierszach niespełnionych poetów. Mimo to czy też dzięki temu, świetnie ogląda się historie współosadzonych z Piper Chapman kobiet. Przy okazji możemy z lekka zagłębić się w ludzką naturę. Bycie więźniarką nie definiuje żadnej z bohaterek, ich pobyt w instytucji jest tylko pretekstem, zaczynem do opowiadanych historii. W tym serialu dzieje się naprawdę sporo, paleta emocji jest nieprzebrana. Każdą bohaterkę można zarazem lubić, szanować, żałować, pogardzać, nienawidzić, utożsamiać się, skreślać, rozumieć i w pełni popierać. "Orange Is the New Black” jest jak skrzynia pełna niespodzianek.