10 najlepszych seriali roku wg Agnieszki Jędrzejczyk

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

Podsumowania, podsumowania, a w nich pełno uznanych tytułów z wysokiej i wyższej półki. Ja też mam swoją półkę - tak samo wysoką jak wszystkie inne - z tą tylko różnicą, że znajdują się niej pozycje praktycznie wyłącznie fantastyczne.

Będąc stworzeniem serialowo-rozrywkowym, nie odczuwam specjalnego pociągu do politycznych dramatów, studiów ludzkiej psychiki czy opowieści o samotności. Pociąga mnie to, co - w znanym - nieznane, nieistniejące, nierealne, a jednak bliskie i jedynie metaforycznie niezrozumiałe. Dziś więc, na sam koniec, serwuję Wam listę pełną tytułów, w których "fantastyka" to tylko pryzmat, przez który można odczytać wiele życiowych prawd.

10. "Gra o tron". W tym roku nie wierzyłam w "Grę o tron" prawie wcale - efekt mocno rozczarowującego 2. sezonu. Przy trzecim musiałam się jednak szybko poddać, bo twórcy najwidoczniej wyciągnęli ze swoich błędów jakieś lekcje. Nowy sezon był więc spójniejszy, ciekawszy, bardziej cięty, a na dodatek zdecydowanie bardziej zaskakujący - bo kogo nie zaskoczyły Krwawe Gody, nawet pomimo tego, że się ich spodziewał, ręka do góry. Skończyło się na tym, że uwierzyłam w "Grę o tron" ponownie i z nadzieją wyczekuję ciągu dalszego.

9. "Continuum". Kanadyjski serial o podróżniczce z przyszłości po raz drugi pokazał, że jego sukces nie był dziełem przypadku. W 2. sezonie nie było ani jednego słabego odcinka, wręcz przeciwnie, historia w nich przedstawiona rozrosła się z głową, poszerzając nie tylko znane nam fakty, ale również pozwalając głębiej zajrzeć w dusze bohaterów. I miał w tym względzie wiele, naprawdę wiele niespodzianek do pokazania. Koniec sezonu zaserwował przy okazji niesamowity cliffhanger, od którego ciarki przeszły mi po plecach. Mówiąc krótko, jeśli drugi raz pod rząd udało się "Continuum" mnie zaskoczyć, oznacza to tylko, że to murowany fantastyczny hit na tej liście.

8. "Nikita". Z "Nikitą" zapoznałam się dopiero niedawno, a od razu, bo dwa dni temu, pożegnałam ją na zawsze w absolutnie wspaniałym i całkowicie adekwatnym zakończeniu ostatniego, krótkiego sezonu. Żałuję, że zrobiłam to tak późno, mogłabym Wam wtedy swobodnie opowiadać o wszystkich zaletach tego niedocenianego serialu. Nie zmienia to jednak faktu, że umieszczam go w podsumowaniu jako jednego z najlepszych minionego roku, bo pomimo swojej wybitnie rozrywkowej natury, udało mu się stworzyć opowieść o niezwyklej sile przekazu - i z niezwykle, prawdziwie silną postacią kobiecą. To serial pełen emocji, niepodrabialnej chemii i w pełni zbalansowanej komiksowości - rzadka sprawa w serialowym świecie.

7. "Teen Wolf". Kolejny serial, który ląduje na mojej liście drugi rok, bo naprawdę, 3. sezon przygód nastoletniego wilkołaka był co najmniej trzy razy lepszy od dwóch poprzednich. Niezobowiązująca, ale wciągająca rozrywka zupełnie nieoczekiwanie, ale wyjątkowo płynnie przeobraziła się w psychologiczny horror i bolesną opowieść o dorastaniu i odpowiedzialności, nie zatracając przy okazji swojego unikalnego charakteru. Zostaliśmy poczęstowani świeżymi wątkami, patrzyliśmy, jak stare rozwijają się w nowym kierunku i przede wszystkim obserwowaliśmy, że na bohatera wyrasta już nie tylko Scott. Nie mówiąc już o tym, że sposób dawkowania rozłożonego na kilka odcinków napięcia opanował niemal do perfekcji.

6. "Person of Interest". Podobnie jak "Nikity", "Person of Interest" rok temu kompletnie jeszcze nie znałam - teraz jednak z dumą umieszczam go w tym zestawieniu, bo zasługuje na to bezdyskusyjnie. Nie każdy bowiem serial potrafi przemienić się z sensacyjnego procedurala w dramatyczną historię o tajnych rządowych projektach i ludziach uwikłanych w sekrety, od których zależą losy niewinnych. Pełna odkryć druga połowa 2. sezonu i tragiczna, niezwykle zaskakująca końcówka pierwszej części sezonu trzeciego jak nic udowadniają, że "Person of Interest" już dawno przeskoczył swoją własną formułę. Oby w przyszłym roku odcinków czysto proceduralnych było jeszcze mniej.

5. "Sons of Anarchy". Podobnie jak "Grą o tron", "Synami Anarchii" nie byłam w tym roku szczególnie podekscytowana - i przez pół 6. sezonu wszystkie moje obawy nabierały kształtu wzorem samospełniającej się przepowiedni. Oglądanie kolejnych nieszczęść, jakie spadały kolektywnie na klub i pojedynczo na bohaterów wprowadzały mnie niemal w depresję, na wskroś podważając sens dalszego dołowania się tą historią. Ale potem stała się rzecz niebywała, Kurt Sutter postanowił podarować bohaterom odrobinę sukcesów, by potem zaserwować nam kalejdoskop pełen niebywałych i dramatycznych zwrotów akcji. Jeśli kiedykolwiek będę chciała, żeby jakiś serial znów brutalnie złamał mi serce, niech zrobi to właśnie jak "Sons of Anarchy".

4. "Homeland". W przeciwieństwie do narzekających na 3. sezon “Homeland”, ja jestem z niego bardzo zadowolona. Powrót do wywiadowczych korzeni bardzo mu się przydał, dzięki niemu nie zwróciłam nawet uwagi na to, że przez większość sezonu mogło mi brakować Brody’ego. Osamotniona Carrie, przyparty do muru Saul i zrezygnowany Quinn wystarczali mi z nawiązką. Na szczęście powrót byłego marine zwiastował niesamowicie emocjonalną, choć zupełnie cichą końcówkę, która idealnie podsumowała wątek nieszczęśliwie ciągnięty po 1. sezonie. I nieważne, że znalazły się buble, że była Dana czy że Carrie zaczęła mnie w pewnym momencie wkurzać - ostatnia scena z "The Star" na długo pozostanie w mojej pamięci.

3. "The Walking Dead". Nigdy nie należałam do osób narzekających na którykolwiek sezon "The Walking Dead", nic więc dziwnego, że kolejne wciąż mieszczą się w czołówce mojej dziesiątki. Tym razem zarówno końcówka 3. sezonu, jak i początek czwartego - a zwłaszcza to drugie - jak nic pokazały, że spadek jakości serialowi w tym roku nie zagroził. Świetne poprowadzone emocje i przemiany bohaterów, wspaniałe napięcie potęgujące świadomość ciągłego zagrożenia, psychologiczne zagadki, którymi stały się niektóre postacie - wszystko to uwielbiałam praktycznie w każdym aspekcie. A co najważniejsze, wciąż boję się o losy swoich ulubieńców - nie tylko pod względem zewnętrznych niebezpieczeństw, ale przede wszystkim ich własnych decyzji. I za to, że wciąż się boję, trzecie, wciąż wysokie, miejsce.

2. "Sleepy Hollow". W czołówce mojego zestawienia umieszczam również serial, po którym wiele dobrego nie oczekiwałam - bo jak można uwierzyć w jeźdźca apokalipsy z shotgunem na plecach - ale który błyskawicznie mi udowodnił, że najwyraźniej nie widziałam jeszcze wszystkiego. "Sleepy Hollow" to niesamowicie klimatyczna, pełna wyrazistych postaci, humoru i grozy mieszanka powagi i absurdu, która z delikatnego balansowania historią, podaniami i czystą fantastyką wydobyła maksimum czystej frajdy. To serial, który pokazał, że w świecie rozrywki można jeszcze tworzyć nieprawdopodobne hybrydy i nie zatracić przy okazji poczucia, że fabuła ma jakiś sens. Nie wspominając nawet o głównym bohaterze, którego kreacja po prostu powala na łopatki.

1. "Orphan Black" Zwycięzca może być jednak tylko jeden. W tym roku najlepszym obejrzanym przeze mnie serialem jest kolejny kanadyjski hit-niespodzianka. Mało brakowało, a "Orphan Black" w ogóle bym przegapiła - tak mało interesował mnie jakiś tam niszowy serial o klonach. Na całe szczęście produkcja już w pilocie pokazała, że ma głowę na karku, serwując nam świetnie skonstruowany i fantastycznie zagrany thriller z pogranicza sci-fi. Najwięcej laurów zbiera oczywiście fenomenalna Tatiana Maslany - która jest tu absolutnie genialna i nie ma co do tego dwóch zdań - jednak bez przemyślanego scenariusza, interesujących bohaterów i autentycznie wciągającej intrygi, "Orphan Black" mógł wcale daleko nie zawędrować. A zrobił to sam, bez niczyjej pomocy - i niech mówi to samo za siebie.