Pazurkiem po ekranie #15: Podróże dokądś i donikąd

"Detektyw" (Fot. HBO)

"Detektyw" (Fot. HBO)

Mocny debiut "Detektywa", Željko Ivanek w "Banshee", podróż donikąd w "Dziewczynach", nowe szaleństwa Gallagherów w "Shameless". Serialowy styczeń w pełni - aż komentować tego wszystkiego nie ma kiedy. Uwaga na spoilery.

Pobudka w poniedziałek o 6:00 rano już dawno nie była tak przyjemna, jak w tym tygodniu. Tak, mówię o Złotych Globach i o Andym Sambergu odbierającym nagrodę. Nie śmiałam nawet marzyć, że ktoś doceni jego i "Brooklyn Nine-Nine" aż tak bardzo, a tu proszę. Mój fan club najwyraźniej nie jest jednoosobowy, Andy'ego wielbią wszyscy, tylko czynią to po prostu ciszej niż ja. Świetnie.

Wróciły kolejne seriale, całe mnóstwo seriali, i przyznaję, że już zaczyna pojawiać się uczucie przesytu. Z recenzowania wszystkiego trzeba było zrezygnować, bo ledwie nadążamy z oglądaniem. A przecież to wszystko jest fajne, tak fajne, że aż głupio nic nie pisać. W tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do śledzenia mojej skromnej osoby na Twitterze - tam komentuję praktycznie każdy odcinek, który oglądam, tu po prostu nie zawsze mam czas to robić.

Dopiero styczeń, a już mamy mocnego kandydata...

...na najlepszy nowy serial roku. "Detektyw", oczywiście. Urzekający, hipnotyzujący "Detektyw". Pochwały należą się za wszystko. Za wspaniałe kreacje aktorskie. Za zbudowanie klimatu cudownie zapyziałej Luizjany, z wielkimi, pustymi przestrzeniami, dziką przyrodą, drewnianymi ruderami i smętnie rzuconymi tu i ówdzie rafineriami. Za umiejętne prowadzenie historii, nie dość że dziejącej się na dwóch płaszczyznach czasowych, to jeszcze opowiadanej przez różne osoby.

Za czołówkę, za zdjęcia, za niepokój czy też "psychosferę", za popaprane gadki Matthew McConaugheya. Za to, że chcę wiedzieć, co dalej i za to, że po pilocie podejrzany wydaje się każdy, nawet ten banalny, zwyczajny facet, grany przez Woody'ego Harrelsona. Za przywrócenie do telewizji formatu antologii, w którym najważniejsze jest to, co najważniejsze być powinno: interesująca, dobrze opowiedziana historia, przemyślana od początku do końca. Zdecydowanie prowadząca "dokądś".

Nie przekonałam Was? To zobaczcie czołówkę. Jeśli się nie zakochacie od pierwszej chwili, to znaczy, że mówimy zupełnie innymi językami.

Tymczasem do Banshee przybył Željko Ivanek...

...i choć powrót serialu aż takich emocji u mnie nie wywołał, to postać agenta Jima Racine'a kupiłam od pierwszej chwili. To totalnie przerysowana wariacja na temat "stróża sprawiedliwości, który nie ma nic do stracenia" - we wszystkim, co ten facet robi, jest mnóstwo pokręconego wdzięku. W sumie nic dziwnego, skoro "jego rak ma raka", to czemu miałby czymkolwiek się przejmować? I czemu miałby nie zapalić w kościele? Wolny kraj w końcu!

Pomijając parę dziwactw, Racine w gruncie rzeczy wygląda na rozsądnego i z pewnością piekielnie inteligentnego gościa. A ponieważ cel ma jeden: sprzątnięcie Królika, czeka nas fascynujący pojedynek. Swoją drogą, czy tylko ja uważam, że fałszywy szeryf Hood jest w gruncie rzeczy najmniej interesującym bohaterem "Banshee"?

"Dziewczyny" (razem z Adamem) wybrały się w podróż donikąd...

...nie powiem, całkiem udaną, jak na podróż donikąd. Na tyle udaną, że ledwie pamiętam pierwszy odcinek, "Females Only", który był tylko przydługim wprowadzeniem do sezonu. "Truth or Dare" wypadło zdecydowanie lepiej. Ale nie będę na nic narzekać, bo zwyczajnie mnie ten powrót cieszy. Już zapomniałam, jak bardzo brakowało mi tych egoistycznych dzieciaków, które chcą, żeby im życie dawało i dawało, i dawało - a życie tylko bezczelnie się na nich wypina.

Odnoszę wrażenie, że w tym sezonie każde z nich jest jeszcze bardziej zajęte sobą. Jessa jak zwykle zachowuje się jak księżniczka i oczywiście "nie robi tego celowo". Marnie wścieka się, że nie została zaproszona na wycieczkę, a kiedy Hannah ją pyta, czy chciała jechać, odpowiada, że "OMG, oczywiście że nie. Tylko nie chciałam, żeby ktokolwiek jechał". Hannah oznajmia prosto z mostu: "Mnie też nie interesuje, co moi przyjaciele do powiedzenia". Adam musi dojść przed snem, nieważne, ile osób jest w pokoju - bo inaczej nici ze słodkich snów. I tak dalej, i tym podobne.

Okropni z nich ludzie, niedojrzali, banalni i tak nastawieni na siebie, że nawet dla mnie to czasem za wiele. A jednak serial wciąż jest cudowny, wciąż działa, wciąż pokazuje nam nasze własne wady. To wielka sztuka, zrobić tak wciągający serial o ludziach, których za nic nie da się lubić.

U Gallagherów bez większych zmian...

...wciąż najbardziej cenią proste przyjemności. Powrót "Shameless" tym razem obył się bez fajerwerków, to był po prostu taki zwykły odcinek, który mógłby równie dobrze znaleźć się w środku sezonu i przemknąć niezauważony. Padł tekst, który musiał zachwycić wszystkich serialowych łowców poloników: "Pierogi-eating prune". Debbie zaczęła ubierać się jak mała ladacznica i postanowiła sprzedać własne dziewictwo. Ale tylko jeśli ktoś zapłaci milion dolarów.

Fiona zaczęła odkrywać uroki przynależności do klasy średniej - seks chyba jest średni, ale są inne zalety, jak opieka medyczna i plan emerytalny. Veronica zaszła w ciążę, no tak, to logiczne, że akurat teraz jej się udało. Frank wpadł na pomysł, jak pić, żeby nie szło przez gardło. Carl dowiedział się, że robienie sobie dobrze dziewięć razy w ciągu dnia, i to jeszcze bez wazeliny, no cóż, może boleć. Sheila sprzątała przez cały odcinek. Lip zepsuł flash mob - i to właśnie ta scena jest moją ulubioną.

Nie jestem wielką fanką ekstremów i nie docenię nigdy w pełni widoku sponiewieranego Franka czy zamarzniętego moczu pod domem - ale subtelne i pełne wdzięku dowody na to, że Gallagherowie są inni niż wszyscy, mogę oglądać w każdej ilości. Brawo dla Lipa.

Gdybyście pytali, czy widziałam najnowsze "The Good Wife" - tak, widziałam. I był to chyba pierwszy odcinek w tym sezonie, który w zasadzie nie zrobił na mnie wrażenia. Obawiam się, że jeszcze jedna wojna Willa i Alicii na sali sądowej - i zacznę naprawdę zrzędzić. Ale Cary i Kalinda, owszem, byli świetni.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.