"Black Sails" (1x01): Na właściwym kursie

"Black Sails" (fot. Starz)

"Black Sails" (fot. Starz)

Czy piraci zastąpią gladiatorów? "Black Sails" to kolejny projekt Starz, który zabiera widza w podróż w przeszłość, i to w bardzo specyficznym stylu. Tylko czy tym razem także będzie to projekt udany?

Specyficzny styl, do którego Starz zdążyło już przyzwyczaić widzów, to połączenie luźnego traktowania detali historycznych z epatowaniem seksem i przemocą. W "Black Sails" tych dwóch ostatnich rzeczy nie jest tak dużo jak w "Spartakusie", ale i tak zwolennicy tego podejścia będą usatysfakcjonowani.

"Black Sails" osadzone jest na początku XVIII wieku na Karaibach, w samym centrum terytorium, na którym działają piraci. Co ciekawe, na każdym pirackim okręcie panuje coś w rodzaju demokracji. Załoga może kapitana odwołać w referendum. W pierwszym odcinku kapitan Flint (Toby Stephens) musi zmierzyć się z wyzwaniem, rzuconym przez swojego konkurenta z załogi. Piraci mają swoją bazę, wyspę New Providence, a główny wątek serialu dotyczy polowania na hiszpański statek - Urca de Lima - wyładowany po burty złotem i kosztownościami.

Jest tu wszystko, czego można by się spodziewać po serialu Starz: morskie bitwy, intrygi, przemoc, seks i poszukiwanie legendarnego skarbu. "Black Sails", podobnie jak "Spartakus", to produkcja, która jest na serio. Nie ma tu śmiesznie mówiących piratów z protezami i opaskami na oczach, nie ma też odpowiednika Jacka Sparrow z "Piratów z Karaibów". Jednym z producentów jest sam Michael Bay, co gwarantuje rozmach całego przedsięwzięcia.

Ten rozmach jest widoczny już w pierwszej scenie, w której statek kpt. Flinta napada na statek handlowy, na którego pokładzie znajdują się informacje, dzięki którym można poznać kurs wspomnianego hiszpańskiego statku. Te jednak przechwytuje John Silver (Luke Arnold), który dostaje się później na statek Flinta jako kucharz. To początek całej intrygi.

John Silver to późniejszy czarny charakter w książce "Wyspa skarbów" Stevensona, ale ton całego serialu nie ma nic wspólnego z literaturą dla dzieci i młodzieży. Kpt. Flint nie cofa się przed niczym, by utrzymać władzę, podobnie jak jego piracka konkurencja nie ma żadnych skrupułów w walce z nim.

To, co udało się Michaelowi Bayowi i jego współpracownikom, to stworzenie atmosfery i klimatu, "realistycznego", ciężkiego, ale jednocześnie wciągającego. Wyspa New Providence, czyli piracki raj, to jedna z ciekawszych nowych serialowych lokalizacji w tym sezonie. Widać wyraźnie, że świat, który chcieli nam pokazać twórcy serialu, jest spójny i budowany z konkretną wizją.

Problemem "Black Sails" nie jest stworzony świat, ale postacie, które czasami zachowują się aż nazbyt sztampowo. Inaczej niż w "Spartakusie", trudno zidentyfikować jednego głównego bohatera, którego historia będzie rdzeniem całego serialu. Teoretycznie jest to kpt. Flint, ale nie ma charyzmy głównego bohatera (w obu wcieleniach) poprzedniego historycznego hitu Starz.

Wygląda na to, że twórcy "Black Sails" obrali właściwy kurs, ale nie ma gwarancji, że dalszej części sezonu ten kierunek spodoba się widzom. Starz bardzo mocno wierzy w ten projekt - drugi sezon jest już zamówiony. Dlatego piraci pozostaną z nami na długo, niezależnie od oglądalności i komentarzy na temat sezonu pierwszego.