Pazurkiem po ekranie #18: Jeszcze więcej słodkości

"Brooklyn Nine-Nine" (Fot. FOX)

"Brooklyn Nine-Nine" (Fot. FOX)

To był dziwny początek tygodnia, bo bez "Detektywa". Ale za to z dwoma odcinkami "Brooklyn Nine-Nine"! Uwaga na spoilery z tego serialu, a także "Justified", "Black Sails" i "HIMYM".

Przyzwyczaiłam się (i Was pewnie też) już do tego, że "Pazurkiem po ekranie" składa się głównie z zachwytów nad "Detektywem", a tu Super Bowl wszystko popsuł. Z drugiej strony, brak serialu najlepszego z najlepszych to zawsze szansa, by przypomnieć produkcje zapomniane i wspomnieć o tych, o których jeszcze nie było okazji wspomnieć. A także cieszyć się niespodzianką...

...w postaci dwóch odcinków "Brooklyn Nine-Nine".

Nie były to co prawda najlepsze odcinki w historii świata ani nawet tej sympatycznej produkcji, ale nic nie szkodzi. Podwójna dawka słodkości w postaci 42 minut z Andym Sambergiem to najlepszy prezent, jaki człowiek może dostać w środku tego smutnego okresu zwanego zimą. Tak, on jest królem świata, niezależnie od tego, czy akurat prawie samodzielnie zdobywa przyłożenie, czy wcina gumisiowe burito czy też udaje, że czyta poważne artykuły w poważnych magazynach.

Coraz wyraźniej zaznaczony wątek wzajemnego przyciągania Jake'a i Amy zaczyna mi przypominać historię Leslie i Bena z "Parks & Rec". To chyba jedyna serialowa para, która sprawiła, że dosłownie krzyczałam w kierunku ekranu "pocałujcie się wreszcie!". A kiedy już - po długich, dłuuugich podchodach - wreszcie się pocałowali... o kurcze, ależ to było urocze i romantyczne! Skoro oba seriale łączy nazwisko twórcy, można się spodziewać, że będziemy mieli powtórkę z rozrywki. Zapewne w przyszłym sezonie - bo przecież FOX go zamówi, prawda?

Nie zaskoczyło mnie w ogóle to, że wśród znajomych spoza posterunku to Holt, a nie jego mąż, jest uważany za "tego zabawnego". Wiedzieliśmy, że tak będzie, nie? Ale to, że wiedzieliśmy, nie przeszkadzało uśmiechać się, kiedy kolejne osoby nam to oznajmiały.

Wszyscy bohaterowie "Brooklyn Nine-Nine" są tak samo skrojeni, wszyscy czasem zbliżają się do granicy przegięcia, ale jej nie przekraczają. A ponieważ wraz z tymi swoimi licznymi dziwactwami pakowani są w coraz to nowe sytuacje, sporo czasu minie, zanim zacznie nam się wydawać, że to jest nudne, bo przecież wszystko o nich wiemy. Kto widział "Parks & Rec", ten wie, że można tak się bawić przez kilka sezonów.

Tymczasem w "How I Met Your Mother"...

...Robin odfrunęła - dosłownie! I po to, by mogła to uczynić, nikt nie spał do białego rana. Nie wiem, po co był ten odcinek, w końcu Ted tysiąc razy rozstał się z Robin, a wątek Barneya i jakichś dwóch facetów, których imion nie poznaliśmy, a może tylko ich nie pamiętam, nie miał w sobie nic fajnego. W zasadzie piszę o tym tylko po to, żeby wrzucić ten GIF, który stanowi lepszy komentarz, niż ja będę w stanie wymyślić. No odfrunęła dziewczyna!

W hrabstwie Harlan wreszcie zaczęło się dziać...

...ale wciąż nie jestem zachwycona tym sezonem "Justified". Sama nie wiem, czego mi trzeba - może nieco więcej skupienia na tym, co najważniejsze? Niby dużo się działo, niby wszystko, co się działo, było interesujące, niby widać, że wreszcie zaczyna się jazda bez trzymanki - ale chyba wolałabym, żeby rozłożono to na dwa odcinki i w zamian za odwleczenie któregoś wątku w czasie wrzucono kilka obrazowych rozmów o niczym. Wciąż brakuje mi wyraźniejszego zaznaczenia myśli przewodniej, skaczemy od jednej grupki osób do drugiej, nie do końca wiedząc, kto tu jest głównym graczem.

Jedno jest pewne: cliffhanger zaserwowano nam porządny. Czy Raylan wrócił do swojego szefa, by przyznać się, że to on jest odpowiedzialny za egzekucję Nicky'ego Augustine'a? Nie zdziwiłoby mnie to, w końcu Art patrzy podejrzliwie na swojego zastępcę już od pewnego czasu i skoro my to widzimy, Raylan też to widzi. Pytanie, czy Art zgodzi się, że to było działanie usprawiedliwione.

Nie tylko z kronikarskiego obowiązku wypada odnotować znakomitego gościa tego tygodnia. Alan Tudyk narobił takiego zamieszania, że aż żałuję, iż nie zostanie z nami na dłużej.

"Fruit, fruit, tits, tits"

Tak "Black Sails" w drugim odcinku podsumowało się samo. Zgrabnie, choć odnoszę wrażenie, że nie to było intencją twórców. Mam z tym serialem problem. Niby sceneria fajna, a do tego cycki są, statek jest. Jest też obietnica wielkiej przygody... no właśnie, jedna piąta sezonu za nami, a to nadal tylko obietnica. Piraci nie pływają, niewiele ze sobą walczą, serial jest przegadany i nie jest to najlepszej jakości gadanie. Serio, napuszone mowy o Odyseuszu to nie moja bajka.

Nawet nie chodzi o to, że chcę, aby było dużo akcji. Nie, brakuje mi po prostu tego przyjemnego wrażenia, że rzeczywiście mam do czynienia z przygodą. Mały chłopiec, który we mnie mieszka, zaczyna się nudzić i jeśli tak dalej pójdzie, to w środku kolejnego banalnego pojedynku na słowa po prostu "Black Sails" wyłączy, by więcej do niego nie wrócić. Ale ta pani fajna, nie? Już mali chłopcy widzą takie rzeczy.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.