Pazurkiem po ekranie #20: Kłamanie synchroniczne

"House of Cards" (Fot. Netflix)

"House of Cards" (Fot. Netflix)

W "Detektywie" akcja ruszyła ostro naprzód, w "Looking" zobaczyliśmy szczerą rozmowę, jakich nie oglądamy na co dzień, a w "Girls" jak zwykle wszyscy okazali się egoistami. Ale i tak wydarzeniem ostatniego tygodnia są krwawe walentynki z "House of Cards". Uwaga na spoilery z wymienionych tytułów.

14 lutego obchodzę moją własną małą rocznicę. Rocznicę rozstania z moją pierwszą miłością, dawno, dawno temu, w podstawówce jeszcze. Nie pamiętam już zupełnie, o co poszło, chyba o nic szczególnie interesującego, ale to nasze rozstanie do dziś pozwala mi zachować dystans do walentynek. I choćby z tego powodu propozycji Netfliksa, by spędzić ten dzień z Frankiem Underwoodem, nie mogłam nie przyjąć, i w piątek tuż po 9:00 rano rozpoczęłam maraton.

Na początku był zachwyt, a dowody na to, że był, znajdziecie tutaj. Potem pojawiło się coraz większe znudzenie i zniechęcenie, bo jednak wątek z Chińczykami do najbardziej fascynujących nie należał. A na dodatek trzeba było zmuszać się do uważnego słuchania wszystkiego, bo z każdym kolejnym odcinkiem jasne stawało się, że Chińczycy są kluczowi w tym sezonie. Zachwyt wrócił dopiero w drugiej połowie sezonu, kiedy emocje znów sięgnęły zenitu, a zamiast średnio interesujących rozgrywek dostaliśmy prawdziwe mięcho.

Im dłużej myślę o całym "House of Cards", tym bardziej zgadzam się z Jamesem Poniewozikiem, który napisał na łamach "Time'a", że to...

Kolejny Wystarczająco Dobry Serial.

Dokładnie tak jest. Nie dostrzegam tu geniuszu, bo go zwyczajnie nie ma. To produkcja, która nigdy nie była i już nie będzie oryginalna - pod żadnym względem. To produkcja, której scenariusz mógłby być lepszy, a jednak lepszy być nie chce. Zwłaszcza w 2. sezonie przeciwnicy Franka to figury tak kartonowe i bezmyślne, że ich poczynania ogląda się bólach. Beau Willimon zasiedlił Waszyngton idiotami, nawet prezydentowi największego mocarstwa na świecie logiczne myślenie sprawia wyraźne trudności. Nic dziwnego, że państwo Underwood mogą wszystkich zmieść z powierzchni ziemi ot tak, bez większego wysiłku. Gdyby ich przeciwnicy nie byli tak absurdalnie głupimi postaciami, prościutkie plany Franka i Claire szybko by się posypały.

A ponieważ widz z czasem się uczy, że Frank i tak wygra, nieważne, jak bardzo banalny ma plan, znikł gdzieś cały suspens, którego na początku przecież nie brakowało. Znikł dreszczyk emocji, zastąpiło go jedno wielkie "A nie mówiłam?". Taka przewidywalność to duży problem, kiedy mamy do czynienia z politycznym thrillerem.

Ale jest jedna rzecz, która sprawia, że nie mogę oderwać oczu od "House of Cards". To państwo Underwood, których pewnie bym oglądała, nawet gdyby przez większość sezonu siedzieli i gapili się w ścianę. Kevin Spacey i Robin Wright stworzyli postacie o niesamowitej sile przyciągania, postacie fascynujące, niejednoznaczne, szalenie inteligentne i tak trzeźwo myślące, że aż porządnie pokręcone.

W szczególności frapuje mnie ich wzajemna relacja, pełna miłości, szczerości i zaufania, a jednocześnie zawierająca tę odstręczającą chorą nutkę. Nie jest normalne, że żona zgadza się, aby mąż zaspokajał swoje potrzeby seksualne poza małżeństwem. Tym bardziej nie jest normalne to, co oboje zrobili z Meechumem. Z drugiej strony - czy mniej chore byłyby kłamstwa i zdrady, które zazwyczaj idą w parze z małżeństwem? Pewnie nie. Tu tego nie ma, Frank i Claire znają swoje najbardziej mroczne tajemnice i zachcianki, i zamiast odsuwać się z oburzeniem, po prostu z tym żyją. I wspierają się nawzajem.

"House of Cards" ani nie skazuje ich na wieczne potępienie, ani w żaden sposób tego nie pochwala. Po prostu pokazuje, jak jest. I im głębiej w to wchodzimy, im bardziej poznajemy związek państwa Underwood, tym bardziej hipnotyzujący staje się serial.

Tymczasem w "Detektywie"...

...poznaliśmy od nieco innej strony relację Rusta i Marty'ego. Przepiękne były sceny, w których obaj zgodnie okłamywali współczesnych policjantów, a tymczasem my oglądaliśmy, co naprawdę się stało. Cohle jak zwykle popisał się błyskotliwym monologiem o życiu, czasie i ludzkim przeznaczeniu, po czym opuścił przesłuchanie. Co oznacza, że kolejny odcinek będzie oglądało się dziwnie.

Jednocześnie twórcom serialu udało się zasiać ziarno niepewności: a co jeśli faktycznie to Cohle cały czas zabijał? Argumentów za tym, że to on, znajdzie się aż nadto. Argumentów przeciw też parę jest. Jeśli chcecie głębszej analizy, zajrzyjcie tutaj. Znajomość tej książki zapewne też nie zawadzi.

Czekałam na naprawdę dobry odcinek "Looking"...

...i zostałam nagrodzona. Bardzo lubię ten kameralny serial o facetach z San Francisco, którzy, tak się składa, są gejami. Nie ma tu propagandy, nie ma dziwaczenia ani ubarwiania rzeczywistości. "Looking" to produkcja pod każdym względem przewyższająca infantylne "The New Normal" Ryana Murphy'ego. I jednocześnie produkcja nie aż tak genialna.

A może jednak...? Obejrzyjcie koniecznie "Looking for the Future", odcinek bardzo prosty, bo składający się z rozmowy dwóch osób: Patricka i jego nowego chłopaka Richiego. Rozmowy zwyczajnej, ale i przerażająco szczerej, co chwila łamiącej kolejne tabu. Wielkie tematy, jak rodzina, małżeństwo czy pierwsze miłości, potraktowane zostały jak wszystko inne, kolejny kawałek nas, o którym czasem nie chcemy mówić wcale, a czasem dzielimy się z drugim człowiekiem tak po prostu. Seks? No był. Ale przede wszystkim była atmosfera niesamowitej intymności, której wytworzenie na ekranie to wielka sztuka.

Przyjaźń w czasach Instagrama...

...to jedna z tych rzeczy, których nie potrafię zrozumieć. Od lat mam jedną zasadę: nie wrzucam do internetu zdjęć, na których jestem z innymi osobami, wychodząc z założenia, że prawdziwe życie mam poza siecią i jeśli chcę się nim z kimś podzielić, są inne sposoby niż Facebook i Instagram. Tymczasem w "Dziewczynach" wspólne zdjęcia robi się po to, by "udowodnić wszystkim na Instagramie, że nadal dobrze się bawimy jako grupa". Czyli puścić w świat kolejne małe kłamstewko, w zasadzie nie wiadomo po co.

Oglądając najnowszy odcinek "Dziewczyn", zastanawiałam się, czemu one jeszcze w ogóle się spotykają. I czy to naprawdę jeszcze przyjaźń. Ich wzajemne relacje to jedna wielka męczarnia, męczarnia tak koszmarna, że chyba wolałabym już nie mieć żadnych przyjaciół.

Widziałam pilota "Star-Crossed"...

...i nie będę go recenzować, nie będę też oglądać tego dalej. CW pokazało kolejny miałki serialik, udający, że jest w nim coś głębszego. Niestety, nie zainteresowała mnie ani kosmiczna intryga, ani banalne postacie, ani romansidło, ani w zasadzie nic. No dobrze, zgadzam się, Aimee Teegarden wygląda w tym serialu wyjątkowo ładnie. Na tym jednak zalety "Star-Crossed" się kończą.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.