Pazurkiem po ekranie #21: Carcosa i mizoginizm

"True Detective" (Fot. HBO)

"True Detective" (Fot. HBO)

Jak co tydzień, będzie o "Detektywie". I na nim w zasadzie spoilery zaczynają się i kończą.

Ciekawe to czasy, kiedy ekspertami od zagranicznych seriali stali się już wszyscy Polacy. Człowiek przegląda internet i w miejscach, w których spodziewa się zupełnie innej tematyki, natyka się na sążniste artykuły a to o tym, że "House of Cards" jest największym telewizyjnym arcydziełem w historii (autor przyznał się, że nie widział ani "Mad Men", ani "Rodziny Soprano", ani "The Wire", a "Breaking Bad" dopiero zaczyna), a to, że "Detektyw" wyzwala w internautach jakieś niesamowite siły, które każą im szukać odpowiedzi zamiast żreć dalej czipsy i zabierać się za kolejny serial.

Przy tym drugim tekście zatrzymamy się na chwilę. Ukazał się on na AntyWebie, a jego autor, Marcin M. Drews, twierdzi, że jeszcze nigdy telewizyjny obraz nie zmusił nikogo do "całonocnych poszukiwań w sieci, analizy scen piksel po pikselu i pławienia się w XIX-wiecznej literaturze, o której wcześniej nie miałeś bladego pojęcia". Uff, autorze drogi... "Breaking Bad". "Mad Men". "Community". "Sherlock". A kiedy byłam w podstawówce, to i "Twin Peaks" tak analizowaliśmy. Scena po scenie. Nie mieliśmy ani internetu, ani jakiejkolwiek wiedzy dotyczącej czy to seriali, czy amerykańskiej rzeczywistości, a jednak analizowaliśmy. To naprawdę nic niezwykłego, takie zbiorowe rozgryzanie seriali. Nie jest też aż tak niezwykłe to, że powstają seriale, w których jest co rozgryzać. "Detektyw" nie jest pod tym względem tak wyjątkowy, jak niektórzy by chcieli.

Nie zamierzam jednak znęcać się nad autorem antywebowego tekstu, przeciwnie, należą mu się podziękowania za to, że...

...zabrał Polaków w podróż do Carcosy.

Motywy z "Króla w Żółci" Roberta W. Chambersa to ta najbardziej fascynująca, najbardziej niezwykła warstwa "Detektywa". Nie dziwię się, że miłośnicy weird fiction zwariowali na punkcie serialu i zaczęli przetrzepywać każdą scenę, poszukując nawiązań nie tylko do Chambersa, ale i do Lovecrafta. Niektórzy już zaczęli mieć nadzieję na jakieś siły nadprzyrodzone, które mogłyby być zamieszane w morderstwa w Luizjanie, ale to prawdopodobnie nadinterpretacja.

Carcosę, do której z uporem maniaka dobija się detektyw Cohle, stworzyli zapewne ludzie, ci "bogacze, którzy czczą diabła i składają ofiary z kobiet i dzieci". Ale metafizyki i najróżniejszych znaków rzeczywiście jest w serialu sporo - ot, choćby powracający motyw czarnych gwiazd Carcosy czy charakterystyczna spirala, która pojawia się w najdziwniejszych sytuacjach.

Ogarnięcie w jednym krótkim tekście wszystkich wspaniałości, które zawiera w sobie "Detektyw", jest praktycznie niewykonalne. Bo przecież te tajemnicze elementy, które wzięły się z zamiłowania Nica Pizzolatto do horroru egzystencjalnego, nie zostały rzucone ot tak. Nie, my patrzymy, jak do tego świata puka człowiek, który sam w sobie jest historią. Człowiek o wybitnym umyśle, który jest w stanie to wszystko rozszyfrować. Dziwak, nihilista, genialny detektyw, potrafiący odczytywać ludzkie emocje, jak nikt inny. Rustin Cohle. I nieważne, że teraz jest już tylko zdziadziałym pijakiem, który ma w nosie wszystko i wszystkich. Jestem pewna, że on w końcu rozwikła tajemnicę mordów w Luizjanie.

Tymczasem po drugiej stronie...

...mamy ludzi banalnych, zwyczajnych i głupich. Ludzi, którzy widzą tylko wierzchnią warstwę i tylko z wierzchniej warstwy się składają. To w zasadzie wszyscy inni bohaterowie "Detektywa". Przede wszystkim zaś Marty Hart, prosty redneck, który może i czasem miewa głębsze myśli, ale nie jest to nic, czego nie dałoby się wyłączyć przy pomocy piwa, seksu z młodszą panią albo meczu w telewizji.

A inni bohaterowie wcale nie są lepsi. Podczas gdy w Polsce dopiero odkrywamy Carcosę - i nic dziwnego, mamy prawo, z opowiadań Chambersa po polsku wydano na razie tylko jedno - w amerykańskim internecie po najnowszym odcinku "Detektywa" zagotowały się kobiety. Krytyczka "New Yorkera" zarzuca Pizzolatto, że wszystkie kobiece postacie, które stworzył, są papierowe i płyciutkie. Że to tylko żony, dziwki i córki, istoty bez żadnego życia wewnętrznego. Przykładowo Maggie, która mści się na mężu, uprawiając seks z Rustem, nie jest postacią, która mogłaby dorównać, też zdradzonej przez małżonka, Alicii z "The Good Wife". To, co robi, jest głupiutkie i przewidywalne.

Z kolei w internetowym magazynie Slate padło pytanie, czy "Detektyw" to serial mizoginistyczny, czy może jednak taki, który z rozmysłem traktuje swoje bohaterki tak a nie inaczej. Oba te teksty - szeroko dyskutowane w amerykańskiej sieci - wydają mi się cudownie absurdalne, bo ich autorki zdają się nie rozumieć, o co w "Detektywie" chodzi. Podpowiedź: nie o kobiety. One kompletnie nie mają tam znaczenia i zupełnie nie jest ważne to, kim są, jakie są ani czy posiadają jakiekolwiek myśli. One stanowią tylko tło historii, której bohaterami są Cohle i Hart.

Czemu nie są mądrzejsze? Czemu nie są czarne? Czemu nie są lesbijkami? A kogo obchodzą parytety, kiedy mamy do czynienia z tak wciągającą, tak genialnie napisaną historią! To, że jest to męska historia, która dzieje się w męskim świecie, nie stanowi dla mnie problemu. I dziwi mnie, że dla kogoś stanowi.

Skończyły się igrzyska, wróciły seriale

...a ja ich wcale nie witam z otwartymi ramionami. Nie cieszy mnie ani wysyp przeciętnych nowości, ani powrót tych nielicznych produkcji stacji ogólnodostępnych, które jeszcze oglądam. Nie mam też specjalnie ochoty na nowy odcinek "Justified", choć pewnie to już jest ten moment, w którym 5. sezon zacznie wreszcie zmierzać w jakimś konkretnym kierunku.

Czekałam na "Mind Games", bo wiadomo - i fajny koncept, i Kyle Killen, twórca nieodżałowanego "Awake", i pechowy Christian Slater, i Steve Zahn, którego uwielbiałam w "Treme". Wczoraj zerknęłam na pierwsze recenzje na Metacritic i odechciało mi się to w ogóle oglądać. Niestety, to pewnie będzie kolejny średni serial, który pożegnamy po paru odcinkach. Zwłaszcza że oglądalność na starcie jest tragiczna.

Oglądam za to "Rake'a" - jednego i drugiego

...i sama już nie wiem, co myśleć. Chciałabym zgodzić się z tymi, którzy mówią, że australijski oryginał to serial genialny i że amerykański remake nie dorasta mu do pięt. Ale to nie do końca tak. Oba seriale łączy osoba twórcy, Petera Duncana, a także ci sami bohaterowie, te same sytuacje, podobne sprawy, dialogi, zachowania itp.

Amerykański "Rake" wystartował dość średnim pilotem, w którym główny bohater zaliczył wszystkie możliwe kłopoty po kolei. Przez ich nawarstwienie stał się tak pokręcony, że aż nierealistyczny. Greg Kinnear swoim urokiem ratował sprawę, ale już samo to, że miał co ratować, nie najlepiej o serialu świadczy. Kolejne odcinki nie były wiele lepsze, aż do tego z kanibalem, w którym fantastycznie zagrał Denis O'Hare. Patrząc na ten chaos, rozumiem, czemu amerykańscy widzowie nie kupili od pierwszej chwili "Rake'a". I raczej kupić nie zdążą, to już praktycznie skasowany serial.

Przygodę z australijskim oryginałem dopiero zaczynam i muszę powiedzieć, że nie widzę aż tak kolosalnej różnicy. Richard Roxburgh, owszem, jest rewelacyjny, ale czy bardziej niż jego amerykański kolega? Niekoniecznie. Scenariusz obu seriali specjalnie nie różni się na początku, sprawy aż tak mnie nie zachwycają. Jeśli miałabym wskazać to, co rzeczywiście świadczy o wielkości australijskiego "Rake'a", powiedziałabym, że to surowość i naturalny wdzięk. Amerykański "Rake" jest uładzony i ugrzeczniony w porównaniu z oryginałem, niektóre sceny wydają się wymuszone. U Australijczyków wszystko jest na swoim miejscu, wszystko gra, wszystko do siebie pasuje.

Możliwe też, że nie wychwalam oryginalnego "Rake'a" pod niebiosa tylko dlatego, że jeszcze słabo go znam. Na razie widziałam zaledwie trzy odcinki, czyli zdecydowanie za mało, aby ferować wyroki.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.