"Mixology" (1x01-02): Bardzo długa noc w barze

"Mixology" (Fot. ABC)

"Mixology" (Fot. ABC)

Jeśli traficie do tej knajpy, lepiej szybko poproście o rachunek.

"Nie próbuj być zabawny, bo w ogóle nie jesteś zabawny" - mówi w pilocie "Mixology" jeden z kumpli do Toma, chłopaka, który szuka szczęścia w barze, po tym jak po wieloletnim związku rzuciła go dziewczyna, Laura. Scenarzyści nowego serialu ABC (którzy zresztą są scenarzystami filmu "Kac Vegas") niestety zabawni być próbują. Choć zdecydowanie nie powinni.

Sam koncept wydawał się fajny: oto mamy dziesięć osób, które trafiają pewnego wieczoru do lokalu na Manhattanie. Każde z nich jest zupełnie inne, wszyscy szukają miłości. Wśród tych osób są m.in.: wspomniany wyżej Tom (Blake Lee), niegrzeczna dziewczynka Maya (Ginger Gonzaga), do której Tom uderza, kelnerka Kacey (Vanessa Lengies) i samotna matka Jessica (Alexis Carra). Jest trochę jak w 9. sezonie "Jak poznałem waszą matkę: z jednej strony nieco klaustrofobicznie, bo utknęliśmy w jednym miejscu na cały sezon/serial, z drugiej - liczne flashbacki sprawiają, że jakoś to działa i da się to oglądać.

Tyle że "da się to oglądać" to najlepsza rzecz, jaką mogę powiedzieć o "Mixology". Pierwszy problem, jaki mam z tym serialem, to poziom żartów. Niski, co tu dużo mówić. Specjalnością zakładu są nieskomplikowane dowcipy o rzyganiu, seksie i wszelkich sprawach damsko-męskich. Nieskomplikowane i nieśmieszne. To, co w "2 Broke Girls" potrafią zrobić z wdziękiem (czy raczej - potrafili na początku zrobić z wdziękiem), tu po prostu razi. Na przykład kiedy jeden z kumpli Toma mówi, że przedstawił mu kiedyś Laurę, bo myślał, że jest dziwką. No kurcze... serio?

Drugi problem, jaki mam z tym serialem, to postacie. Wszyscy bardzo starają się być jacyś. Nie ma tu zwyczajnych ludzi, każdy jest nakreślonym grubą kreską "ciekawym bohaterem". Mamy więc ciamajdę - nie zwykłego ciamajdę, a ciamajdę totalnego. Ciamajda spotyka złą dziewczynkę i oczywiście jest ona wszystkim, czego powinien unikać, a on w niej widzi księżniczkę. Dokładnie tak samo jest w drugim odcinku, którego głównymi bohaterami są bezczelny do granic możliwości Brytyjczyk Ron (Adam Campbell) i słodka, miła, unikająca wszystkiego co niebezpieczne Liv (Kate Simses).

Wszyscy są tak straszliwie jednowymiarowi, że trudno uważać ich za prawdziwych ludzi. To tylko kartonowe figury, które starają się wycisnąć z nas trochę chichotu i nie mogą. Obawiam się, że kiedy poznamy kolejnych bohaterów, nie okażą się oni bardziej interesujący. Postacie w "Mixology" po prostu źle napisano i tyle. I bardzo łatwo jest zgadnąć, jaki będzie kierunek ich rozwoju: ci "grzeczni" trochę wreszcie zaszaleją, ci "niegrzeczni" po raz pierwszy w życiu poczują potrzebę, by się zmienić. Nie, nie jestem wróżką, to po prostu widać już teraz.

Mimo wszystko trochę szkoda, że "Mixology" zadebiutowało w ABC z tak fatalną oglądalnością, jak to tylko możliwe. Serial wybitny nie jest, ale oglądać się da. Od pierwszej sceny posiada swój specyficzny ton, który nie urzeka aż tak, ale jednak coś w sobie ma.

Być może po prostu brakowało mi takiej komedii - o singlach szukających miłości, seksu i sensu życia w barach w wielkim mieście. A może to tylko tęsknota za "Don't Trust the B–– in Apartment 23".