"Those Who Kill" (1x01): Niekończące się tortury

"Those Who Kill" (Fot. A&E)

"Those Who Kill" (Fot. A&E)

Oparte na duńskim formacie "Those Who Kill" miało być jednym z najciekawszych nowych seriali kryminalnych w tym roku. Okazało się pozbawionym życia, niestrawnym koszmarem.

W ostatnich latach nauczyłam się, że jeśli jakiś serial jest opartym na skandynawskim formacie kryminałem, z definicji należy się nim zainteresować. Nieważne, co to za historia, kim są bohaterowie i czy coś podobnego już było - Skandynawowie najbardziej wyświechtane schematy potrafią przerobić na perełkę. A Amerykanie, którzy potem te ich perełki adaptują, też zwykle odwalają przyzwoitą robotę.

O tym, jak dużym rozczarowanie stanowi "Those Who Kill", pisałam już wczoraj w kitach tygodnia. Ale ponieważ był to jeden z najbardziej oczekiwanych nowych seriali, poznęcam się nad nim jeszcze trochę. Bo nie mogę pojąć, po prostu nie mogę pojąć, jak mógł powstać aż taki koszmarek.

Tym trudniejsze to do pojęcia, że przecież obiecywano nam wiele: fascynujące portrety morderców, ściganych przez det. Catherine Jensen (Chloë Sevigny). Obiecywano nam akcję, klimat i postacie, z którymi chcielibyśmy widywać się co tydzień. Żadna z obietnic nie została spełniona. Nie mogę pochwalić nawet Chloë Sevigny - którą uwielbiam - bo w pilocie serialu A&E ani przez chwilę nie zdradziła, że posiada ponadprzeciętne umiejętności aktorskie. Przeciwnie, należy jej się bura za to, że najwyraźniej zaangażowała się w projekt, nie przeczytawszy wcześniej scenariusza.

Ale pal licho det. Jensen, ją jeszcze da się znieść. Dużo słabiej wypada jej partner, psycholog sądowy Thomas Schaeffer (James D'Arcy). Ta postać to po prostu tańsza i nie tak efektowna wersja Willa Grahama z "Hannibala". Nie widzę ani jednego powodu, dla którego ten gość miałby mnie obchodzić. OK, James D'Arcy jest przystojny, ale nawet ja aż tak dramatycznie nie potrzebuję kolejnego przystojniaka na małym ekranie, żeby to oglądać.

Wiemy już, że główni bohaterowie nie nadają się do niczego, a co z mordercą? O rany... Tu już po prostu brak mi słów. Dostaliśmy okropną, karykaturalną, skrajnie nieciekawą postać, w której nie było nic, co zapamiętamy na dłużej niż pięć minut. Zamiast porządnego portretu psychologicznego, który nam obiecywano, zaserwowano serię odrażających scen, które kompletnie nic nie wnosiły. Zamiast budować napięcie i przerażać w subtelny sposób twórcy wybrali epatowanie nudnymi, ohydnymi obrazami, przy których pierwsze odcinki "The Following" (dalszych już nie widziałam) wydają się szczytem wyrafinowania.

Serial nie jest ani straszny, ani klimatyczny, ani wciągający. To po prostu ciąg drętwych, napisanych na kolanie scen, posklejanych byle jak ze sobą. Całość jest banalna, płytka i zwyczajnie męcząca, brakuje logiki i choćby cienia oryginalności. Dziwi mnie, że coś takiego mogło powstać w 2014 roku, w końcu w telewizji pełno mamy psychopatycznych morderców - jest "Hannibal" i "The Fall", i "Bates Motel". Ba, jest przecież "Detektyw"!

Tymczasem przy "Those Who Kill" nawet "The Following" wygląda na dzieło wybitne. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, kto dał zielone światło czemuś takiemu. Oby to szybko skasowali, bo nawet jeśli Chloë Sevigny nie ma zwyczaju czytać scenariuszy, to jednak zasługuje na więcej.

REKLAMA