Nic śmiesznego #8: Końce i końcówki

"Brooklyn Nine-Nine" (Fot. FOX)

"Brooklyn Nine-Nine" (Fot. FOX)

To dopiero koniec marca, a ja zorientowałem się, że już za moment mogę nie mieć o czym pisać. Tym bardziej powinienem może doceniać ostatnie wspólne chwile z niektórymi produkcjami. Niestety, tak jakoś się złożyło, że nie wszystko mnie zachwyca. Spoilery z "HIMYM", "B99" i "Friends".

Oszczędzę Wam tradycyjnego wstępu. Gdy zabieram się za pisanie, za oknem wciąż świeci słońce, więc może lepiej przejdę od razu do konkretów, bym jeszcze dziś mógł skorzystać z pięknej pogody.

To jest już koniec…

Szóstka przyjaciół z Nowego Jorku zamknęła za sobą drzwi i wybrała się na ostatnią wspólną kawę. Nawet nie wiem, kiedy minęło te dziesięć sezonów "Friends", mogę jedynie powiedzieć, że minęło za szybko. Dziesięć lat w niecałe trzy miesiące… To była wspaniała podróż – zakochałem się w tym serialu już na samym początku i moje uczucie nie wygasło nawet na moment. Sam finał pokazał, w jaki sposób wielkie komedie powinny schodzić z anteny. Były okazje do śmiechu, były okazje do wzruszeń.

Trochę tylko zrobiło mi się żal Joeya – jako jedyny ze wszystkich bohaterów nie znalazł prawdziwej miłości. Być może scenarzyści znaleźliby kogoś również dla niego, gdyby nie fakt, że NBC zaplanowało wcześniej zrobienie spin-offa. "Joey" jest podobno tak zły, jak tylko to możliwe, więc zamierzam obchodzić go szerokim łukiem aż do końca świata. Do "Friends" na pewno będziemy jeszcze na Serialowej wracać – w końcu w tym roku będziemy świętować 20. rocznicę premiery i 10. rocznicę zakończenia produkcji.

Najnudniejszy ślub w historii

Mam nadzieję, że twórcy "How I Met Your Mother" odrobili zadanie domowe i znają ten odcinek na pamięć. Oczywiście nic nie zatrze złego wrażenia z ostatnich sezonów, ale cała ekipa wciąż ma jeszcze jedną, ostatnią szansę, by zejść ze sceny w wielkim stylu. Problem w tym, że ślub, który powinien być wstępem do wielkiego zakończenia, okazał się jednym wielkim niewypałem. Żadnych emocji, żadnych powodów do śmiechu, za to poprzedzało go sporo żartów o kupie (która spokojnie może służyć jako metafora tego odcinka) i powrót do nieśmiertelnego wątku Robin i Teda. Myślałem, że scena, gdy Robin uniosła się w powietrze była definitywnym zakończeniem tej historii, jednak nic z tego. Tym razem to ona nie wie, czego chce, a Ted staje się głosem rozsądku.

Pamiętam jeszcze ślub Lily i Marshala z końcówki 2. sezonu… Wtedy wyglądało to o wiele lepiej, po tylu latach twórcom wyraźnie zabrakło pomysłu, co zrobić, by nieco podkręcić dramaturgię przed tak ważnym wydarzeniem. No ale dobra, narzekam, narzekam, a jakoś nie mogę uwierzyć, że we wtorek o tej porze będzie już pewnie po wszystkim. Zostało tylko 40 minut.

Trudny okres dojrzewania…

…przeżywa właśnie Jake Peralta. Choć trzeba przyznać, że może mu to jedynie wyjść na dobre. Już wychodzi. Wreszcie zdobył się na odwagę, by powiedzieć Amy o swoich uczuciach, potrafił nawet zaufać Holtowi i bez zbędnych pytań doprowadzić do tego, że został zwolniony. Ten odcinek pokazał, jak bardzo zmieniły się relacje między bohaterami na przestrzeni całego sezonu.

I trzeba przyznać, że po kilku słabszych odcinkach finał przypomniał nam, za co zdążyliśmy pokochać "Brooklyn Nine-Nine". Boyle powrócił do użalania się nad sobą i robi to jeszcze lepiej, niż kiedyś. Kapitan Holt ujawnia swoje kolejne talenty (treningi z hula hop z pewnością pomagają uzyskać lepszą sprawność w tańcu), a Gina zaczęła urzeczywistniać koszmar niejednego polonisty – język, w którym ważną rolę odgrywają emotikony. Teraz czeka nas aż pół roku przerwy (rzecz rzadko spotykana w telewizji ogólnodostępnej), ale jestem pewien, że pod koniec września "Brooklyn Nine-Nine" wróci jeszcze lepsze.

Za to niezbyt czekam już na powrót "Girls". Bohaterki tej produkcji w ciągu trzech sezonów nie dojrzały nawet odrobinę. To wciąż te same egoistki, zrzucające całą winę za swoje niepowodzenia na wszystko i wszystkich dookoła. Zresztą, wszystko co chciałem napisać na temat tego serialu, mogliście przeczytać już wczoraj, nic więcej do dodania nie mam.

A może komuś z Was, drodzy Czytelnicy, finał "Girls" przypadł do gustu? Są wśród Was tacy, którym "Joey" się podobał? No i jaką kolejną kultową komedią powinienem się Waszym zdaniem teraz zająć? O tym i wszystkim innym możecie dać mi o tym znać w komentarzach lub na Twitterze czy też za pomocą hashtaga #serialowa. Nasza redakcja jest czujna, staramy się wychwytywać wszystkie Wasze wpisy i w miarę możliwości na nie odpowiadać. To tyle, widzimy się tu za tydzień.

Cześć i czołem.