Pazurkiem po ekranie #26: Życie toczy się dalej

"The Good Wife" (Fot. CBS)

"The Good Wife" (Fot. CBS)

Mój serialowy tydzień upływa pod znakiem smutnego zakończenia "How I Met Your Mother" i żałoby w "The Good Wife". Ale to nic, ja lubię, kiedy w serialach mało kto żyje długo i szczęśliwie. Uwaga na spoilery.

Louis C.K. wyjaśnił kiedyś, dlaczego życie nigdy nie jest szczęśliwą historią. Sprawa jest naprawdę prosta: życie nigdy nie kończy się dobrze. Nie ma szans skończyć się dobrze. Oczywiście może się zdarzyć, że spotkacie tę fantastyczną dziewczynę/faceta. Weźmiecie ślub, będziecie mieć dzieci i będziecie najszczęśliwsi na świecie. A potem ona/on umrze i zostaniecie sami. To jest najlepsza możliwa opcja. Nie może być lepiej, nie da się zrobić tak, żeby było jeszcze lepiej. Niczego lepszego już nie ma. A skoro śmierć ukochanej osoby to najlepsza możliwość, to jak mamy być optymistami? I słusznie, ja nie jestem.

Zawsze uważałam nieszczęśliwe zakończenia za najlepsze.

Naprawdę! Oczywiście nie jakieś tandetne katastrofy, w których ginie połowa bohaterów, a druga połowa płacze i rwie włosy z głowy - nie, tego nie lubię. Ale lubię, kiedy nawet w miłej i ciepłej historii pojawia się nutka realizmu, odrobina goryczy, troszeczkę cynizmu. To tylko znak, że autorzy nie stracili kontaktu z rzeczywistością.

Dlatego bronię i będę bronić finału "How I Met Your Mother". Oglądało mi się go świetnie, od początku do końca - właśnie dlatego, że scenarzyści nie poszli na łatwiznę. Właściwie nikt w "HIMYM" nie żyje długo i szczęśliwie, bo wszystkim coś przeszkadza w osiągnięciu pełni szczęścia. Grupa się rozpadła i już nie pije co wieczór w barze, bo takie jest życie, czterdziestolatkowie nie piją co wieczór w barze. Małżeństwo Robin i Barneya zakończyło się, bo oni wcale nie byli dla siebie stworzeni. Mieli wielki ślub, którym dręczono nas przez wiele miesięcy, mieli swoje romantyczne momenty, mieli ze sobą wiele wspólnego i niewątpliwie byli najlepszymi przyjaciółmi, ale to w gruncie rzeczy nigdy nie była aż tak wielka miłość. Każde z nich koniec końców wolało siebie od tej drugiej osoby.

Barney po czterdziestce pozostał sobą, podrywaczem w garniturze, co jest w gruncie rzeczy cholernie przygnębiające. Ale znów - takie jest życie, ten facet zabrnął za daleko, żeby rzeczywiście się zmienić i stworzyć stabilny związek z kobietą, który przetrwa lata. On nigdy tego nie będzie już miał. Ale dostał tę malutką kropelkę szczęścia w postaci córki, w której zakochał się od pierwszej chwili, mimo że jej mama to tylko "numer 31". Zdecydowanie mi to pasuje do niego.

Tak jak pasuje mi to, że pierwsze dziecko Teda i Tracy było wpadką; że planowali wspaniały ślub, a w planach ciągle przeszkadzało im prawdziwe życie - które zresztą wyglądało na bardzo, ale to bardzo udane - i że stało się to, czego się baliśmy: ona rzeczywiście zmarła w młodym wieku. I nie była tą jedyną, bo czegoś takiego jak "ta jedyna" czasem po prostu nie ma. Jest to, o czym mówił Louis C.K.: ukochana osoba umiera, świat się kończy. I czasem zdarza się, że przychodzi ktoś następny i wszystko toczy się dalej, a świat na nowo staje się piękniejszy.

Tak oto doszliśmy do ponownego zejścia się Teda i Robin po latach. Być może tak być nie powinno, być może Ted powinien jednak pozostać nieszczęśliwy do końca świata i jeden dzień dłużej. Nie wiem. Ale ten element układanki w gruncie rzeczy też mi pasuje, bo ma sens. Oni nigdy się nie odkochali, dostaliśmy na to tysiąc dowodów, również w ostatnim sezonie. I teraz, po latach, mają swoje szczęśliwe zakończenie ze zgrabną klamrą w postaci niebieskiej trąbki, spinającą całą historię. To ta nutka romantyzmu, której serial potrzebował na koniec. A której fani nie zaakceptowali, bo w międzyczasie zdążyli zakochać się w Cristin Milioti.

Mimo że finał nie był idealny - trochę za szybko pędził przed siebie, za dużo rzeczy upchnięto w niecałe 45 minut - jestem pełna podziwu dla twórców "HIMYM", że podjęli aż tyle trudnych decyzji. Które zresztą w dużej mierze były planowane "od zawsze" - scenę z dziećmi, mówiącymi Tedowi, że on przecież jest zakochany w cioci Robin, nakręcono w 2005 roku! Scenarzyści okrutnie postąpili z większością naszych naiwnych wyobrażeń dotyczących finału - o miłości na całe życie, ślubie jak z bajki, o tym, że wszystko będzie "po kolei" (małżeństwo, dzieci, żyli długo i szczęśliwi), i że szczęście da się łatwo zdefiniować - serwując w zamian kawał prawdziwego życia, któremu do bajki daleko, ale w którym zdarzają się wspaniałe chwile.

Serial, który w ostatnich latach już znienawidziłam, znów urósł w moich oczach do rangi czegoś więcej niż taki zwykły telewizyjny sitcom. Zawsze będę go lubić przede wszystkim za jedno: za to, że chodziło w nim o opowiadanie historii. I za odważne, dalekie od stereotypowego zakończenie tej najważniejszej historii.

Tymczasem w "The Good Wife" zaczęła się żałoba.

"The Last Call" to kolejny odcinek, który z jednej strony jest genialny, a z drugiej - tak wyczerpujący emocjonalnie, że naprawdę cieszy mnie dwutygodniowa przerwa w emisji. Chcę już odpocząć po tym, jak najpierw złamali mi serce, a potem jeszcze pokroili je nożem. Patrzenie, jak nawet Davidowi Lee udało się uronić łzę, było ponad moje siły. I wszystkie sceny z Alicią, i Diane, i rozmowa Kalindy z mordercą, i groteskowy występ Eli Golda w dramatycznej chwili... I ta ostatnia wiadomość od Willa. Oczywiście, że to musiało być coś bardzo błahego, sytuacja, w której Will zostawiłby ważną wiadomość, byłaby zupełnie nie w stylu "The Good Wife".

Z zachwytem obserwowałam, jak jeden z moich ulubionych seriali nawet w takiej sytuacji pozostaje sobą i unika wszystkich tych najbardziej tandetnych, stereotypowych rozwiązań, których nie znoszę. Po tym odcinku jestem w 100% przekonana, że cokolwiek nie będzie działo się dalej, "The Good Wife" sobie z tym poradzi i pozostanie serialem wielkim. Nawet rozmowa o Bogu i ewentualnym życiu po śmierci wyszła świetnie! Znacie jakiś inny serial, który by sobie poradził z czymś takim w tym momencie?

Niesamowicie podoba mi się też Finn Polmar (Matthew Goode), prokurator, który próbował ratować Willa. Co prawda zachowywał się tak, a nie inaczej, bo był na prochach, ale chyba nie tylko ja już teraz uważam, że to nie jest taki zwykły facet, i cieszę się na myśl o tym, że będziemy oglądać go częściej.

Pewnie zauważyliście, że ostatnio nie recenzujemy wszystkich nowości.

Nie bez powodu tak się dzieje - nowości jest strasznie dużo, wiele z nich utrzymuje się na antenie zaledwie przez kilka tygodni i naprawdę nie zrobiłoby to nikomu różnicy, gdyby nie zadebiutowały w ogóle. "Crisis" czy "Believe" to teraz pewni kandydaci do odstrzału, pilot "Friends with Better Live" miał taką sobie oglądalność, mimo że zadebiutował po rekordowym finale "How I Met Your Mother". Nie ma o czym mówić. Szkoda czasu. Zwłaszcza że za chwilę wraca przecież "Gra o tron", wraca "Veep", wraca "Mad Men". Będzie co oglądać.

Skoro już jednak jesteśmy przy słabych i średnich nowych produkcjach, przyznaję, że ogromną większość z nich sprawdzam. Dużą porażką okazał się "Surviving Jack", nie lepiej jest z "Friends with Better Lives". Nowy sitcom CBS to po prostu kolejna kiepska wariacja na temat "Przyjaciół". Bohaterowie wycięci z kartonu, słabiutkie żarty, zero jakiejkolwiek oryginalności. Nie ma powodu się nad tym znęcać ani w ogóle tym się zajmować, ten serial nie dostanie zamówienia na więcej odcinków. I tylko Jamesa Van Der Beeka szkoda.

Nieco lepsze zdanie mam na temat "The 100", młodzieżowego science fiction od CW (którego też nie recenzowaliśmy i recenzować nie zamierzamy) - ale i tak po dwóch odcinkach zdecydowałam się to porzucić. Serial ma fajny koncept: po katastrofie, która zniszczyła Ziemię, niedobitki ludzkie zamieszkały na Arce w kosmosie. Teraz Arka nie jest w stanie już funkcjonować, więc jej władze wysyłają na Ziemię grupę nastoletnich przestępców, którzy mają robić za króliki doświadczalne i sprawdzić, czy da się tam żyć. Przy czym "przestępca" to tutaj pojęcie względne - na Arce bardzo surowo karze się ludzi i wtrąca się ich do więzienia (albo nawet odbiera im życie) za drobne przewinienia.

Z wykonaniem niestety już jest gorzej. Serial trochę przypomina "Lost" - bohaterowie muszą przeżyć w środku lasu, gdzie czyhają na nich rozmaite niebezpieczeństwa, w tym jacyś inni ludzie - ale trąci młodzieżowym banałem. Najbardziej zawodzą bohaterowie - nie dość że wszyscy są cukierkowo piękni, to jeszcze średnio interesujący. A pierwsze potencjalne wielokąty miłosne to prawdziwy koszmar. Stąd też na razie żegnam się z "The 100", aczkolwiek nie wykluczam, że kiedyś jeszcze zmienię zdanie.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.