"HIMYM" (9x23-24): Historia prawie szczęśliwa

"How I Met Your Mother" (Fot. CBS)

"How I Met Your Mother" (Fot. CBS)

Łał. Jeszcze długo nie przestanę myśleć o tym finale. Skończę pisać i obejrzę go znowu. A potem znowu. I znowu. To było najwspanialsze zakończenie, jakie twórcy "How I Met Your Mother" mogli nam zafundować. WSZYSTKIE MOŻLIWE SPOILERY!

Odrzućmy na chwilę nasze opinie o ostatnim sezonie. W tym tekście nie będzie o nim mowy wcale. Finał "How I Met Your Mother" to zupełnie inna, osobna historia, która zasługuje na to, by w pełni poświęcić jej naszą uwagę. Na Facebooku, Twitterze, a także wśród czytelników Serialowej można przeczytać wiele skrajnych opinii. Jedni uważają finał za genialny, inni nie pozostawiają na nim suchej nitki. Wiele osób chciało zobaczyć cudowne, szczęśliwe zakończenie, więc łatwo zrozumieć ich rozczarowanie. Nie było słodko, było prawdziwie, życiowo. Twórcy "HIMYM" nieraz potrafili wzruszyć widzów, ale tym razem zafundowano nam prawdziwy emocjonalny rollercoaster.

Przenieśmy na chwilę do 2005 roku, gdy to wszystko się zaczęło. Cała piątka siedzi w barze, Ted nie może poderwać dziewczyny, wszystko po staremu. Kilka słów o przyjaźni i wracamy do teraźniejszości, choć dzięki Barneyowi i jego nieśmiertelnemu "Have you met Ted?" czujemy się trochę tak, jakbyśmy nadal siedzieli w barze u McLarena. To zdecydowanie najzabawniejszy moment tego odcinka, twórcy zrobili ukłon w stronę widzów i przywołali trochę klimatu z pierwszych sezonów.

Niestety, zaraz po tym dają nam do zrozumienia, że pewna era się już kończy – widzimy wzruszające pożegnanie Teda, ostatnie, najpotężniejsze high five, a zaraz potem tytułowy bohater siedzi na dworcu i oczekuje na pociąg. Kilka metrów dalej stoi Ona…

…I to dzięki niej Ted nigdzie nie wyjeżdża. Jak widać, pozostanie w Nowym Jorku było mu przeznaczone. W przeciwieństwie do reszty – Lily i Marshall wyjeżdżają na rok do Rzymu, Robin staje się znaną reporterką, która podróżuje po całym świecie, a Barney wyraźnie nie radzi sobie z tą sytuacją. Więzy przyjaźni stają się coraz luźniejsze, bohaterów zaczyna łączyć coraz mniej. Każdy z nich ma swoje życie, swoje problemy… I swoje wpadki. Tak jest, Ted i Matka, którzy powinni być najbardziej romantyczną parą w telewizji, mieć życie jak w bajce i piękny ślub, zaliczają wpadkę, która krzyżuje ich wszystkie plany! Czy są z tego powodu nieszczęśliwi? Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że w tym momencie to najszczęśliwsi ludzie na świecie.

Kilka lat później Robin i Barney decydują się na rozwód. Dla niektórych to pierwszy poważny zgrzyt tego odcinka… Cały sezon o ślubie, całe to zamieszanie tylko po to, by trzy lata później doszło do rozwodu? To nie może być prawda! A jednak jest i takie też jest życie. Najlepiej podsumował to sam Barney – mieli świetne małżeństwo, które trwało niestety tylko przez trzy lata. Doskonale ma się za to małżeństwo Lily i Marshalla – para, która była najbardziej stabilną rzeczą w całym serialu, spodziewa się trzeciego dziecka. Wszyscy przyjaciele obiecują sobie, że będą obok siebie w najważniejszych momentach ich życia, jednak życie szybko weryfikuje ich plany, a pierwszą, która wyłamuje się z grupy jest Robin.

Grupa spotyka się coraz rzadziej i w niepełnym składzie – Robin kompletnie zniknęła z radarów, Marshall i Lily są pochłonięci rodzinnym życiem, Barney znów stał się tym dawnym Barneyem, co w gruncie rzeczy jest smutne, z czego on sam zdaje sobie sprawę. Ted i Matka… No cóż, ta wspaniała para doczekała się dwójki dzieci i wciąż żyje na kocią łapę. Znów nie wszystko idzie zgodnie z perfekcyjnie ułożonym planem, ale jakoś nie widać, żeby którekolwiek z nich było niezadowolone.

No i wreszcie wiadomość, której chyba nikt nigdy by się nie spodziewał. Barney będzie miał dziecko! Perfekcyjny miesiąc (31 kobiet w 31 dni) zakończył się wpadką, która początkowo wydaje się być dla niego najgorszą wiadomością w życiu. Na jego miejscu nie przejmowałbym się tym tak bardzo, po tylu latach seksualnych ekscesów coś w końcu musiało pęknąć. Całe jego przerażenie mija w momencie, gdy patrzy w oczy swojej córeczki – Barney wreszcie znalazł miłość swojego życia, a kultowe "Daddy's home" nabiera zupełnie innego znaczenia. Trzeba przyznać, że z pewnością była to jedna z najlepszych scen tego odcinka, całego sezonu, a być może całego serialu. Wciąż nie jestem pewien, wciąż nie potrafię sobie tego poukładać w głowie.

Wszystko zmierza w dobrym kierunku… Ted po raz drugi oświadcza się Matce. I nie były to perfekcyjne zaręczyny na szczycie latarni, wszystko odbyło się w zabałaganionym pokoju, a głównym argumentem Teda było to, że w czwartek Matka ma dzień wolny. Znowu, nie wygląda to na bajkowy scenariusz, ale czy któreś z nich wydaje się nieszczęśliwe?

I tak zbliżamy się do końca tej opowieści. Jest czwartek, wszyscy spotykają się w barze, a my całą piątkę widzimy razem po raz ostatni. Dla żadnej z serialowych postaci życie nie ułożyło się idealnie, wszyscy przechodzili, przechodzą lub będą przechodzili przez ciężkie chwile. Mimo to żadne z nich nie wygląda na nieszczęśliwe. Ted dostał to, czego szukał całe życie – wspaniałą kobietę o imieniu Tracy. A wszystko dzięki temu, że miał odwagę podejść i otworzyć usta. Spotkanie na dworcu wyszło przepięknie: deszcz, żółta parasolka i świadomość, że czasem najlepsze rzeczy przychodzą do nas niespodziewanie. Fani romantycznych zakończeń, brakuje wam tu czegoś, żeby było idealnie?

Teorie krążące po internecie znalazły potwierdzenie – Matka faktycznie była chora i zmarła w roku 2024. To jeden z tych momentów, gdy serial staje się naprawdę życiowy, dla niektórych zbyt życiowy. Ta wspaniała miłość, która miała trwać wiecznie, trwała tylko jedenaście lat. Jednak po latach Ted wciąż docenia to, co go spotkało i jest za to wdzięczny, w jego głosie nie słychać żalu czy zgorzknienia.

Tak oto doszliśmy do momentu, który najbardziej podzielił fanów. Gdyby finał zakończył się trzy minuty wcześniej, odsetek widzów zadowolonych byłby z pewnością dużo większy. Okazuje się, że Ted całą tę historię opowiada po to, by dać swoim dzieciom do zrozumienia, że w jego sercu wciąż jest miejsce dla Robin. Dzieciaki zachęcają go do działania, a ten, jak 25 lat wcześniej, staje z niebieską trąbką pod jej oknem.

Przyznam, że nie rozumiem tej wściekłości fanów. Racja, sami na łamach Serialowej narzekaliśmy, że wątek Robin i Teda ciągnie się w nieskończoność, ale nagle to wszystko nabrało sensu. Widocznie ta dwójka potrzebowała całego spektrum różnych wydarzeń, aby zrozumieć, jak bardzo są dla siebie ważni. Czy to znaczy, że Matka była numerem 2? Absolutnie nie! Ted kochał ją przez całe swoje życie, przez jedenaście lat była dla niego najważniejsza na świecie i z pewnością nie porzuciłby jej dla Robin, gdyby pojawiła się taka szansa. Ale zmarła - i teraz pytanie brzmi, czy dlatego ten facet miałby pozostać samotny do końca życia?

Cieszę się, że tak jak w 2013 roku Ted miał odwagę, by podejść do Matki, tak w 2030 roku znalazł w sobie siłę, by ponownie stanąć pod oknem Robin. Idealne zakończenie, które wcale nie mówi nam wszystkiego. Przyznam szczerze, że przez moment myślałem, że może lepiej, by ostatnia scena wyglądała podobnie, jak we "Friends" – cała piątka razem w finałowym ujęciu. Ale z drugiej strony, oni wszyscy rozeszli się już w swoją stronę, a ich ścieżki krzyżują się coraz rzadziej, więc mogłoby wyglądać to zbyt sztucznie. Ostatnie minuty udowodniły też, że twórcy od początku mieli swoją wizję zakończenia, która raczej nie zmieniła się szczególnie od czasu, gdy w 2007 roku kręcili scenę z dziećmi Teda.

Finał "How I Met Your Mother" dostarczył nam sporo wrażeń i ja z pewnością będę miał go w głowie jeszcze przez dłuższy czas. Na Serialowej kochamy go za to, że był do bólu prawdziwy, obyło się bez tandety, za to twórcy zaoferowali nam cały wachlarz emocji – od śmiechu po łzy wzruszenia. Niektórzy mogą się czepiać, że nie było jak w bajce, że wymarzyli to sobie inaczej, ale czy nie najważniejsze jest to, że w tym całym nieszczęściu oni wszyscy jakoś odnaleźli swoje szczęście?