"Gra o tron" (4x01): Tylko zmiany są niezmienne

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Im większe oczekiwania, tym większe może być rozczarowanie. Po świetnym 3. sezonie "Gry o tron" fani na całym świecie zastanawiali się w zasadzie tylko nad jednym: czy 4. sezon będzie lepszy? Wygląda na to, że tak. Uwaga na spoilery.

Wszystko się zmieniło! Krzyk Cersei (obiektem jest oczywiście Jaime) najlepiej podsumowuje cały odcinek. W pewnym sensie, wszyscy gracze w skomplikowanej układance, jaką jest tytułowa gra o tron, znajdują się w nowych sytuacjach. Jaime musi przyzwyczaić się do nowego życia. Sansa próbuje uzmysłowić sobie, że jej rodzina praktycznie przestała istnieć. Daenerys ma problemy zarówno z dowódcami swoich armii, jak i ze swoimi smokami, które stają się coraz większe i trudniejsze do kontrolowania. Problemy Jona Snow dopiero się zaczynają po powrocie do "swoich" z Nocnej Straży. Tyrion jak zwykle zajmuje się rozwiązywaniem problemów innych... i przetrwaniem. U niego zmiany są chyba najmniej widoczne.

Również Tywin znajduje się w nowej fazie swojego (faktycznego) panowania: w symboliczny sposób kończy pewien etap historii Siedmiu Królestw, gdy nakazuje wytopić z miecza Neda Starka dwa mniejsze miecze, przeznaczone dla Lannisterów. To sygnał, że pewien etap wojny się zakończył. Ród Starków przestał istnieć jako zorganizowana siła polityczna. To oczywiście nie oznacza, że życie Lannisterów będzie w 4. sezonie pozbawione problemów. Na horyzoncie widać już pierwsze poważne, nowe zagrożenie: książę Oberyn Martell (Pedro Pascal), który przybywa do Królewskiej Przystani, by zemścić na członkach tego rodu, co zresztą mówi wprost Tyrionowi.

Problem Tywina to także postawa Jaimego, który woli zostać w Królewskiej Przystani - oczywiście ze względu na Cersei - niż wrócić do Casterly Rock, jak nakazuje mu ojciec. Jaime zachowuje się zresztą, jak gdyby wydarzenia z poprzednich sezonów nie miały miejsca. Jemu jest bardzo trudno zaakceptować fakt, że wszystko - politycznie, rodzinnie - uległo mniejszym lub większym przemianom i że te zmiany są równie nieodwracalne, jak jego kalectwo.

"Gra o tron" stała się w ciągu ostatnich lat nie tylko jednym z najważniejszych projektów HBO, ale także fenomenem popkultury o globalnym zasięgu. To nie tylko serial fantasy, ale także bardzo interesujące spojrzenie na politykę i władzę. Nic dziwnego, że jest jednym z ulubionych seriali Baracka Obamy. O "Grze o tron" i prawdziwej polityce pisała w poniedziałek na łamach "Guardiana" Julia Gillard, była premier Australii. Jak stwierdziła w swoim tekście, to, co dzieje się w polityce, ma wiele wspólnego z tym, co pokazano w serialu.

W 4. sezonie twardej polityki na pewno nie zabraknie. Przygotowująca się do ślubu Margaery Tyrell oraz opiekująca się nią Olenna Tyrell bardzo dbają o o to, by wypaść na ceremonii jak najlepiej. Aspekt wizerunkowy całego przedsięwzięcia nie umyka przede wszystkim Olennie.

Polityka w "Grze o tron" pokazana jest oczywiście zupełnie inaczej niż w np. w "House of Cards", ale widać kilka elementów wspólnych. Pierwszy i najważniejszy - skrupuły i moralność nie mają racji bytu. Przekonał się o tym Ned Stark, przekonali się o tym liczni przeciwnicy Franka Underwooda. Nic więc dziwnego, że przed premierą "Gry o tron" w USA ekipa zajmująca się promocją "HoC" w sieci przygotowała takie oto zdjęcie i komunikat:

Oczywiście, "Gra o tron" utrzyma swój status, tylko jeśli serial jako taki cały czas będzie na odpowiednim poziomie. I wygląda na to, że nie ma obaw o poziom. Mimo że odcinek "Two Swords" był utrzymany raczej w wolnym tempie, to i tak trudno znaleźć w nim jakąkolwiek słabą scenę. Dyskusja o kurczakach w karczmie (i późniejsze sceny walki z realizującą swój plan zemsty Aryą), kłótnia Cersei i Jaimego, praktycznie wszystkie sceny z Tyrionem, Deanerys ze smokami - scen, które zapadają w pamięć, było bardzo wiele.

Co ciekawe, jest to serial - jak zauważył Matt Zoller Seitz z serwisu "New York Magazine" - który uwielbiamy oglądać, mimo że pokazuje niezwykle ponury świat, w którym nie ma (już) pozytywnych bohaterów. Recenzent porównuje "Grę o tron" do "Hannibala" Bryana Fullera. I coś w tym porównaniu jest. Nawet Willa Grahama trudno uznać za postać jednoznacznie pozytywną. A w pierwszym odcinku 4. sezonu Jon Snow przyznaje, że nie ma czystej karty. W "Grze o tron" w najlepszym razie pozytywni bohaterowie poruszają się na granicy między dobrem a złem, między moralnością a zepsuciem. W najgorszym razie są postaciami takimi jak Joffrey.

"Gra o tron" powróciła w bardzo dobrym stylu. I jeśli ten poziom zostanie utrzymany, to 4. sezon okaże się jeszcze lepszy od poprzedniego. Pod wieloma względami jest to teraz inny serial niż w pierwszym sezonie. Ale jego esencja pozostałą taka sama, co sprawia, że "Gra o tron" jest jedną z tych produkcji, które uzależniają i zmuszają do oczekiwania na kolejny odcinek.