Kit tygodnia: "The Big Bang Theory"

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

W tym tygodniu nie mogliśmy nie "docenić" odcinka "The Big Bang Theory" z kupą w roli głównej.

"The Big Bang Theory" (7x20 - "The Relationship Diremption")

Bartosz Wieremiej: Powoli przestaję rozumieć, dlaczego powstają kolejne odcinki "The Big Bang Theory". W "The Relationship Diremption" niby Sheldon (Jim Parsons) m.in. spędził gorącą noc z książką do geologii, a Wolowitz (Simon Helberg) dorobił się nowej ksywy, tylko tak naprawdę trudno dojść, po co to wszystko było...

W jakim celu sięgnięto po bardzo, hmm, fizjologiczny rodzaj humoru? Dlaczego raz jeszcze cały ten cudowny, geekowski świat sprowadzono do kilku marnych fajerwerków? Jak można było pozwolić, by już praktycznie wszyscy bohaterowie przebywali na planie bez szczególnie dobrego powodu? Znalazłoby się jeszcze kilka pytań, ale na odpowiedzi zapewne nie ma co liczyć.

Mam wrażenie, że zamiast normalnego "The Big Bang Theory" od jakiegoś czasu twórcy serwują nam jedynie zestaw puszkowanych półproduktów, zmieszanych w jakimś wielkim, zardzewiałym garze z tym, co udało się odpisać z "Two and a Half Men". Jeszcze trochę, a do smaku dorzucą garść prochów Charliego albo, co gorsze, brodę Angusa T. Jonesa. Przykre to strasznie.

Marta Wawrzyn: Najgorsze jest to, że prawie całkiem zrezygnowano z rozwijania postaci. "Jak poznałem waszą matkę" oglądaliśmy do końca mimo obniżającego się poziomu humoru, bo wiedzieliśmy, że dokądś to zmierza; że coś ważnego jeszcze się w życiu bohaterów wydarzy. "The Big Bang Theory" nawet nie udaje, że ma dokąd zmierzać, po prostu dryfuje, co tydzień oferując coraz słabsze odcinki, które zapomina się pięć minut po obejrzeniu.

No chyba że kogoś z szanownej publiczności bawi babranie się w gigantycznych kupach. Mnie nie.