"Turn" (1x01-02): Bezbarwni szpiedzy Waszyngtona

Do czasu premiery "Low Winter Sun" byliśmy przekonani, że AMC tworzy wyłącznie seriale bardzo dobre i genialne. Ale to już przeszłość. "Turn" to kolejny przeciętniak, który lepiej wyglądał na papierze niż na ekranie.

"Turn" to jeden z tych seriali, które na papierze prezentują się świetnie. Jego fabuła oparta jest na książce "Washington's Spies" Alexandra Rose'a, opowiadającej o siatce szpiegowskiej, stworzonej podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych przez rolnika Abrahama Woodhulla (którego gra w serialu Jamie Bell). Z zapowiedzi wynikało, że dostaniemy kawał wielkiej historii, a do tego przygodę, polityczne intrygi, psychologiczne dylematy.

Być może jeszcze to wszystko dostaniemy, ale po pierwszych dwóch odcinkach zupełnie tego nie widać. Widać za to, że twórcy nawet nie próbują wyjść poza ograne schematy. A przecież temat wcale ograny nie jest! Serialu o szpiegach amerykańskiej rewolucji jeszcze nie było, możliwości są nieograniczone. Tylko co z tego, skoro ktoś tu postanowił iść po linii najmniejszego oporu.

Największy problem to główny bohater, Abe Woodhull, skromny rolnik z Long Island, którego życie się zmienia, po tym jak larwy zaatakowały mu kapustę. Mimo że jego ojciec jest wpływowym lojalistą, Abe do tej pory nie buntował się, żył w zgodzie z żołnierzami "czerwonych kurtek" stacjonującymi w okolicy i nie wykazywał rewolucyjnych zapędów. W małym miasteczku, gdzie mieszka, wojny praktycznie nie widać, więc w zasadzie trudno się bohaterowi dziwić, że chce po prostu zwyczajnie żyć ze swoją rodziną.

Ale to nie jest mu dane, już w pilocie dawny znajomy zamienia go w szpiega, a on specjalnie nie protestuje i już na początku swojej nowej kariery dostarcza cennych informacji. Choć pokazano kilka powodów, dla których Abraham na ten układ poszedł, to i tak jest w tej jego błyskawicznej przemianie coś nienaturalnego. Można odnieść wrażenie, że zostaje rewolucjonistą, mimo że nie jest specjalnie przekonany do rewolucji, nie ma żadnych ideałów. A jednocześnie nie przeżywa większych dylematów, walki z samym sobą. Brakuje tu psychologicznej głębi, Abraham jest bohaterem tak kartonowym i nieciekawym, jak to tylko możliwe. Pod każdym względem - nawet to, że poślubił jedną kobietę, a najwyraźniej kocha inną, jakoś mnie nie interesuje.

Sztampowi bohaterowie i sztampowe związki pomiędzy nimi to nie jedyny problem. "Turn" na razie opiera się na kalkach z tego, co już było. Mamy ojca lojalistę i syna rewolucjonistę, mamy miłosny wielokąt, mamy zarysowanych grubą kreską "tych złych" i "tych dobrych". Mamy dużo krzątaniny, która niby do czegoś prowadzi, ale nie do końca widać do czego właściwie.

Nikt nie mówi o tych wielkich ideałach, które doprowadziły do powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki. Brakuje atmosfery wojny, zagrożenia, napięcia. Życie tych, którzy nie zdecydowali się opowiedzieć po żadnej ze stron, wygląda na całkiem zwyczajne. OK, w miasteczku stacjonują brytyjscy żołnierze, ale i tak nie ma wrażenia, że dzieje się coś strasznego czy przełomowego. A przecież na amerykańskiej ziemi działy się wtedy rzeczy przerażające, mieszkańcy kolonii walczyli o przetrwanie. W "Turn" nie widać, że toczy się wojna o być albo nie być.

Większość szpiegowskich intryg pokazanych w dwóch pierwszych odcinkach jest grubymi nićmi szyta i zwyczajnie nieciekawa, bo przewidywalna. Średnio też wciągają miłosne perypetie Abe'a, który ma dziecko z jedną, a ogląda się za drugą. Choć akurat ta "druga", Anna Strong (Heather Lind) to jedna z ciekawszych postaci - kobieta piękna, nieustraszona i skomplikowana. Przyjemnie się na nią patrzy, choć już niekoniecznie życzy się szczęścia jej i Abe'owi.

Tylko do jednej rzeczy przyczepić się nie da: "Turn" to serial sprawnie zrealizowany. Można zachwycić się zdjęciami, mundurami, scenografią. W pilocie świetna jest sekwencja, w której ujęcia Abe'a składającego przysięgę lojalności Brytyjczykom przeplatają się z ujęciami zasadzki, w którą "czerwone kurtki" wpadły dzięki pierwszym informacjom zdobytym przez świeżo upieczonego szpiega. Niby ograna sztuczka, ale mimo to ta scena ma "to coś", ten "efekt wow", którego brakuje całemu serialowi.

Bo jeśli pominąć takie smaczki i jako tako oddany klimat epoki, "Turn" to po prostu średnio interesujący serial szpiegowski, niedorastający do pięt takim produkcjom, jak "Homeland" czy "The Americans". Nie ma tu postaci na miarę Brody'ego, nie ma aż tak skomplikowanych emocji i nie ma wrażenia, że toczy się niebezpieczna gra na krawędzi życia i śmierci. Są za to wszystkie możliwe schematy, zmiksowane w przeciętną całość.

Oglądam dalej, ale bez większego przekonania.

REKLAMA