"Nurse Jackie" (6x01): Zatoczone koło

Jackie wydaje się szczęśliwa. Pływa, ma u swego boku kochającego ją mężczyznę, jest szanowana w pracy… I znowu ćpa. Cała historia zatoczyła koło, a ja zastanawiam się po co. Uwaga na spoilery.

Oto przed nami początek 6. sezonu, a w porównaniu do 1. serii życie tytułowej bohaterki różni się tylko kilkoma detalami. Zamiast Kevina jest Frank, niezdradzany na boku z Eddiem, dzieci są starsze, przez co sprawiają więcej kłopotów, a Jackie jest szczęśliwa, gdy ma przy sobie tabletki, zaś nieszczęśliwa bez nich. Twórcy serialu, a my razem z nimi, wrócili do punktu wyjścia i tym samym zawiesili sobie poprzeczkę bardzo wysoko. No bo co jeszcze nowego da się wykrzesać z wątku uzależnienia? Co takiego scenarzyści mogą zrobić, by serial nie zjadł własnego ogona? Wierzę, że gdy decydowano się na ten krok, w głowach osób odpowiedzialnych tliła się jakaś wizja, pomysł na dobrze znaną potrawą podaną w zupełnie inny sposób. Niestety, w drodze między kuchnią, a naszym stolikiem ktoś nawalił i podano nam ten sam odgrzewany kotlet.

Naprawdę, powrót do uzależnienia Jackie i obserwowanie jej ćpającej co chwilę doprowadzało mnie do białej gorączki. Twórcy sami strzelili sobie w kolano. Serią z automatu. Trzymałem kciuki za Jackie, gdy wychodziła z nałogu, bo wiedziałem, że wcale nie musi to zaszkodzić serialowi. Ta postać jest na tyle skomplikowana i tak świetnie zagrana, że potrafiłaby przykuć naszą uwagę bez wciągania kolejnych kresek i połykania tuzinów tabletek. Mogą o tym świadczyć wyniki oglądalności poprzedniego sezonu – najlepsze od dawna.

Edie Falco w swojej roli jest oczywiście znakomita, jak zwykle, ale zwyczajnie dochodzimy do miejsca, gdzie widz może czuć zmęczenie serialem. To w końcu 6. sezon, coraz trudniej o świeże pomysły, a odkopywanie starych na pewno nie pomaga. Dobra, twórcy wciąż rozwijają wątek problemów Jackie z Grace, ale dla mnie wydaje się on tak wydumany, że nie kupuję go wcale. Czy 14-latki naprawdę oszukują rodziców na każdym kroku, wożą się po mieście ze starszymi nieznajomymi i potajemnie wciągają kreski w łazience? I, co najważniejsze, skąd mają na nie pieniądze?

Na całe szczęście ciekawsze rzeczy dzieją się w tle. Kto by pomyślał, że drugoplanowe postacie będą musiały ratować ten serial przed Jackie i jej problemami… OK, nie wspominam tutaj niemal niewidocznego Kevina oraz Franka, którego widzieliśmy dwa razy, przez chwilę, spoconego na siłowni. W szpitalu za to dzieje się całkiem sporo. Przede wszystkim opłaciło się zatrzymanie w szpitalu Carrie Roman. Widać, że ta postać ewoluuje – wreszcie ma ambicje, by być naprawdę dobrą lekarką, a zamiast unikać obowiązków, sama zaczęła ich szukać.

Eddie mówi, że jest szczęśliwy, bo sypia z kilkoma kobietami, ale niełatwo oprzeć się wrażeniu, że to szczęście tylko na pokaz, a imię jedynej kobiety, z którą chciałby sypiać, zaczyna się na literę J. Związek Zoey i Prentissa jest już na tyle poważny, że wypada poinformować o nim Akalitus. Ta jednak woli udawać, że o niczym nie wie, przynajmniej póki wszystko funkcjonuje poprawnie. Wyraźny kryzys egzystencjalny dopadł Coopa. Facet dobija do czterdziestki i uświadamia sobie, że wciąż nie może wykreślić najważniejszych punktów ze swojej listy rzeczy do zrobienia. To pewnie ta potrzeba zmiany będzie furtką dla Petera Facinelliego, by opuścić serial. Jak wiemy, jest to jego ostatni sezon, postać Coopa nie pojawi się w przyszłym roku. Szkoda.

Powrót "Nurse Jackie" zdecydowanie mnie rozczarował. Pocieszam się myślą, że w zeszłym roku było podobnie, a później dostaliśmy naprawdę świeży sezon. Obawiam się jednak, że tym razem twórcy zastawili na siebie pułapkę, z której nie będzie im łatwo się wydostać. To już 6. sezon serialu, a nam każe się obserwować tę samą historię, co kilka lat temu. Bez sensu.

REKLAMA