"Parks and Recreation" (6x21-22): Morze gofrów

W finale 6. sezonu "Parks and Recreation" zrobiło odważny krok do przodu. I bardzo dobrze, że zrobiło! Uwaga na duże spoilery.

Na 6. sezon "Parków" narzekaliśmy na Serialowej wielokrotnie. Niby wszystko było w porządku, niby to wciąż jedna z najlepszych komedii, jakie teraz są emitowane, ale trudno było pozbyć się wrażenia, że scenarzyści nie mają już żadnych świeżych pomysłów, a Mike Schur woli swoje nowe dziecko, "Brooklyn Nine-Nine". Nikodem wczoraj napisał, że cały sezon oceniłby na trójkę z plusem - i niestety ja też wyższej oceny bym nie dała. "Parki" niebezpiecznie zbliżyły się do granicy całkowitego wypalenia.

No właśnie, zbliżyły się, ale katastrofy prawdopodobnie nie będzie. Trzyletni przeskok w czasie zmienia wszystko. Słońce wstało nad morzem miłości, gofrów i możliwości - i Leslie sięgnęła wszystko, po co tylko mogła sięgnąć. W trzy lata zamieniła się w kobietę sukcesu, kobietę, która może mieć wszystko i ma wszystko. Miłość, rodzinę i karierę. Spełniły się jej marzenia, ona i Ben są teraz prawdziwą power couple. Miejmy tylko nadzieję, że nie są jak Bill i Hillary Clinton - choć akurat Leslie to porównanie pewnie by nie przeszkadzało.

Jestem zachwycona końcowym twistem. To bardzo odważne, zgodne z feministycznym duchem serialu posunięcie. Bałam się, że w kolejnym sezonie pokażą nam Leslie w ciąży i że w praktyce będzie to powtórka z ciąży Ann. Bałam się, że "Parki" nie potrafią już zaserwować niczego poza powtórką z rozrywki.

A tu proszę, jednak potrafią. I wygląda na to, że Leslie trochę się zmieniła. Jest teraz szychą. Jej dziećmi zajmują się wujek Andy i ciocia April, a sposób, w jaki wyrzuca z pracy Eda (Jon Hamm, który najwyraźniej spędził w "Parkach" trzy lata, ale my go widzieliśmy tylko przez chwilę), do miłych nie należy. Ale to tylko pierwsze wrażenie, dopiero jesienią dowiemy się, jak władza wpłynęła na promienną optymistkę Leslie Knope, i poznamy kolejne skutki tego, co zaszło. Poza tym, że Jerry został Terrym.

Oczywiście nie tylko końcówka "Moving Up" zasługuje na docenienie. To był po prostu doskonały odcinek, w którym raz po raz przypominano nam, za co pokochaliśmy "Parki". Pawnee znów stało się najbardziej wyjątkowym miejscem na świecie; miejscem, do którego zjeżdżają się gwiazdy muzyki i w którym wszystkie marzenia się spełniają. Do serialu wpadła na moment Michelle Obama, by pomóc głównej bohaterce w podjęciu najważniejszej decyzji w życiu. Jeśli wydawało Wam się, że nic nie przebije spotkania Leslie z Joe Bidenem, to się myliliście. Ona naprawdę zachowuje się dziwnie, kiedy spotyka ludzi, których podziwia.

Odwiedziliśmy San Francisco, gdzie Bena spotkała niespodzianka w związku z The Cones of Dunshire. Li'l Sebastian zmartwychwstał na scenie w postaci hologramu (widzieliście minę Bena? Cudeńko!), Duke Silver wreszcie się ujawnił (i Leslie trochę się zdziwiła), na koncert na moment wpadła Tammy 2. Tomowi chyba w końcu udało się otworzyć dobrze prosperujący biznes. Momenty humorystyczne mieszały się z momentami sentymentalnymi, a na dodatek co chwila zamykano jakiś wątek, tak że można było odnieść wrażenie, iż to już finał serialu. To zresztą spokojnie mógłby być finał serialu.

Po wakacjach zobaczymy, co tak naprawdę się zmieniło. Być może niektórych bohaterów już nie zobaczymy albo będą pojawiać się rzadziej. Być może Leslie Knope, kobieta sukcesu, będzie trochę inną osobą, niż Leslie Knope, skromna pracownica administracji państwowej w Pawnee. Na pewno Ron pozostanie Ronem, Andy i April też zachowywali się tak jak zwykle. Pewne rzeczy po prostu muszą zostać na swoim miejscu.

"Parks and Recreation" to jedna z tych komedii, które opierają się nie tylko na doskonale napisanych żartach, ale też - a może nawet przede wszystkim - na świetnych postaciach. To ta cudowna galeria oryginałów czyni serial NBC wyjątkowym. I dopóki to, co się u nich dzieje, jest dla widza angażujące, nie ma powodów obawiać się o jakość "Parków". Siódmy i prawdopodobnie już ostatni sezon będzie genialny, bo nie ma powodu taki nie być.

REKLAMA