"Louie" (4x01-02): Co się dzieje po śmierci?

Co się dzieje, kiedy umieramy? Wiele rzeczy się dzieje, tylko nie zawierają one już nas. "Louie" powrócił i od pierwszej do ostatniej minuty jest w doskonałej formie. Uwaga na spoilery.

"Louie" wrócił po przerażająco długiej przerwie i to od razu dwoma odcinkami. Nie wiem, czy to przypadek, czy celowe działanie, ale postawienie obok siebie odcinków tak różnych jak "Back" i "Model" dało rewelacyjny efekt, bo pokazało w 45 minut wszystko, co jest w serialu najlepsze. "Back" składał się z luźno powiązanych ze sobą scen, przeplatanych fragmentami stand-upów. Jeśli nigdy nie widzieliście ani jednego odcinka "Louiego", prawdopodobnie możecie potraktować ten odcinek jak pilot i od niego zacząć. Natomiast "Model" udowodnił po raz kolejny, że Louis C.K. fantastycznie opowiada dłuższe historie, najlepiej takie z kobietą w roli głównej, w których główny bohater przeżywa jeden z tych nietypowych dni prowadzących na granice wyobraźni.

Już pierwsza scena odcinka "Back" przypomniała nam, za co tak bardzo uwielbiamy ten serial: bezlitośnie mówi nam prawdę o życiu, sprawiając przy tym, że umieramy ze śmiechu. Każdy, kogo kiedykolwiek obudziła śmieciarka o szóstej rano (mnie budzi co sobotę), to potwierdzi. Co ciekawe, Louie nie wkurzył się, a zrobił to, co każdy przebudzony mieszkaniec dużego miasta w tym momencie zrobić powinien: wstał, ubrał się, przeszedł do kolejnego punktu dnia. To cena, jaką się płaci za przyjemność mieszkania w takim miejscu jak Nowy Jork. Nie ma co się wściekać. Zresztą Louie nie wścieka się prawie nigdy, przeciwnie, on akceptuje to wszystko, co na niego spada.

A w "Back", który jest lekko surrealistyczną podróżą przez cały świat Louiego, na głównego bohatera spada parę rzeczy dziwnych, z którymi nie da się nic zrobić. Na przykład dzieci. Są, więc trzeba robić, co się da, żeby im było dobrze na świecie. Nie można zrobić sobie urlopu od dzieci, odmówić im, kiedy chcą, żeby tata zrobił Beatlesów, ani napisać za nie poważnego listu do AIDS. Zresztą, czy ktoś potrafiłby napisać poważny list do AIDS?

Albo plecy. Bolą, bo czasem mają boleć i już. Jak wyjaśnia ze stoickim spokojem doktor (Charles Grodin), trzeba być wdzięcznym za te chwile, kiedy nie bolą. Nie jest to coś, co byśmy chcieli usłyszeć od lekarza, ale Louie przyjmuje do wiadomości i to - i po prostu idzie dalej, on i jego plecy bolące.

Ale najcudowniejsza scena w premierze 4. sezonu to ta, która doprowadza do wizyty komika w sex shopie, gdzie stara się udawać, że nie istnieje, a już na pewno nie istnieje tym miejscu, i na koniec zostaje pokarany bólem pleców. Wieczorki karciane zawsze wypadają doskonale - te nieocenzurowane, wypełnione absurdem i szczerym śmiechem rozmowy, które oni prowadzą, można oglądać i oglądać. Bo oto człowiek myśli, że swoje już przeżył i coś tam o seksie wie - ale gdzie tam! Ci żałośni panowie zawsze wiedzą coś więcej, a na dodatek nie znają pojęcia wstydu. I radośnie rechoczą ze swoich - świetnych zresztą! - dowcipów. Tej atmosfery i tych rozmów możemy im tylko pozazdrościć. A jedyna kobieta w tym towarzystwie, Sarah Silverman, po prostu wymiata.

"Model" podobał mi się nawet jeszcze bardziej niż "Back", bo nie dość że zobaczyliśmy wspaniałą Yvonne Strahovski w nietypowej dla niej roli, to jeszcze przygoda Louiego z modelką skończyła się w tak tragikomiczny sposób, jak to tylko możliwe. Historia zaczyna się od tego, że główny bohater dostaje od Jerry'ego Seinfelda zaproszenie na imprezę charytatywną do East Hampton, gdzie mieszkają miliarderzy i trylionerzy. Sprawa jest prosta: ma pojawić się na scenie na dziesięć minut, opowiedzieć parę pozbawionych kontrowersji dowcipów i zapowiedzieć Jerry'ego. Louiego oczywiście to zadanie przerasta pod każdym względem, jest tak cudownie żałosny, jak tylko on potrafi. Ale jedna dziewczyna się śmieje...

A potem dzieje się coś, co nie przytrafia się takim facetom jak Louie: ta śliczna, swobodna, roześmiana dziewczyna, która okazuje się modelką i na dodatek jeszcze córką astronauty, zabiera go do domu, gdzie uprawiają seks. Nie przeszkadza jej ani jego aparycja, ani to, że ciągle popełnia gafy. Wydaje się zachwycona, on jest zdziwiony jej zachwytem, ale oczywiście nie ma nic przeciwko - i tak toczy się ta miła historia z francuską piosenką w tle. Do czasu...

Sekwencja wydarzeń, która następuje potem, to jakieś szaleństwo. Oczywiście nigdy już do tego nie wrócimy, nigdy nie zobaczymy Louiego, jak płaci 5 tys. dolarów miesięcznie bogaczom z Hamptons, być może nawet to się nie zdarzyło albo zdarzyło się jakoś inaczej. Najważniejsze, że dziewczyna z knajpy patrzy teraz na komika zupełnie inaczej, a on może na koniec się uśmiechnąć. O to przecież chodziło od początku, nie?

Wszechświat znów zadrwił z Louiego - i to więcej niż raz - a on zrobił to, co wychodzi mu najlepiej. Poddał się losowi i poczłapał dalej przez tę byle jaką rzecz zwaną życiem. Oba odcinki, którymi komedia FX wróciła, wypakowane zostały po brzegi tym, co Louisowi C.K. wychodzi najlepiej: czarnym humorem, surrealizmem i zwyczajnością. Louie znów zabiera nas w naturalistyczną wycieczkę po najbardziej intymnych zakamarkach siebie, znów sprawia, że czasem mamy ochotę zawstydzić się za niego, a czasem chcemy być nim.

Bo koniec końców "Louie" sprawdza się dlatego, że te wszystkie dziwne gagi pisze niegłupi facet, który nie ma już 31 lat i swoje przeżył. I który potrafi nas zaskoczyć cudownie oczywistą i nieoczywistą jednocześnie myślą o życiu albo śmierci, albo Bogu, albo braku Boga - oczywistą, bo kiedy ją słyszymy, dziwi nas, że sami na to nie wpadliśmy. Nieoczywistą, bo nie wpadlibyśmy na to nawet za milion lat. Mimo że tak dobrze oddaje nasz stan ducha.

Na tym polega siła "Louiego" i to dlatego mimo czterech sezonów na karku wciąż wydaje się nowy, świeży i piękny, jak ten okropny 31-latek. Z tą tylko różnicą, że zawsze ma coś mądrego do powiedzenia.

REKLAMA