Seryjnie oglądając #25: Zgryźliwi tetrycy

"Revolution" (Fot. NBC)

"Revolution" (Fot. NBC)

Stare powiedzenie mówi, że nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Niby więc mój internet szalał i powinienem tylko i wyłącznie być zirytowany, a tu niespodzianka - wcale tak nie jest. Zapewne dzięki niezłym finałom "Castle" i "The Blacklist". Uwaga na trochę spoilerów.

Normalnie problemy z internetem wywołują u mnie białą gorączkę. Nie tyle z powodu uzależnienia, bo zawsze zostaje komórka, ile z powodu braku możliwości pracowania. Odkryłem jednak dzięki temu ciekawą rzecz w paru kawiarniach, które jakimś cudem mają wciąż strefy dla palących. Otóż są one z daleka od routerów i jeżeli już internet jest - to tak słaby, jakby go nie było. Na szczęście bez papierosa wytrzymać można. Bez kawy nie.

Swoją drogą, pierwszy raz w życiu widziałem w Polsce barmana z amerykańskim akcentem nie mówiącego nawet słowa po polsku. Za to słoik na napiwki wskazywał bardzo sugestywnie. Na pewno z powodu napisu...

Przyznaję się, że co prawda winę zrzucam na przerwy w dostawach internetu, ale prawda jest taka, że bałem się zabrać do "Dziecka Rosemary". Z recenzji Nikodema wygląda na to, że niczego nie straciłem, więc mogę sobie znajdywać jakie chcę uzasadnienia. Tym bardziej, że miałem też głowę zajętą żałobą po "Revolution", które w końcu dostało to, co powinno było dostać w 1. sezonie - ale dostało wtedy, gdy zaczęło się stawać dobrym serialem.

Na skasowanie tego serialu oczywiście nic nie poradzę i pozostaje mi cieszyć się ostatnimi odcinkami. Bromance między Milesem i Monroe wchodzi w fazę naprawdę zgryźliwych tetryków, a wątek nanobotów robi się mocno przerażający. Większość wątków już porządnie wskoczyła na swoje miejsca i zastanawiam się, czy finałowy odcinek był kręcony nim twórcy dowiedzieli się o kasacji. Oby przed, zostawi mnie z mocnym niedosytem.

Niedosytu nie czuję za to po "The Blacklist", które okazało się być jednak wcale niezłym serialem. Może nadmiernie ciężar spoczywa tu na Jamesie Spaderze, który potrafi grą zamaskować nawet luki scenariusza, ale i tak jestem zdziwiony, że serial, który odrzuciłem, dał radę mnie do siebie znów przekonać.

Bez niedosytu, za to w oczekiwaniu na dalszy ciąg zostawił mnie finał "Castle". I to mimo faktu, że czegoś podobnego się spodziewałem i nie powinienem być zaskoczony (a jestem). Najpierw 40 minut dobrej zabawy, a potem solidne wciśnięcie w fotel bez happy endu. To mi się podoba.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego.

REKLAMA