"The Big Bang Theory" (7x24): Podróż donikąd

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

Finał 7. sezonu "The Big Bang Theory" już za nami i spokojnie można zabrać się za recenzowanie, skoro emocje opadły i przestaliśmy się śmiać. Nie no, kogo ja próbuję oszukać? Jakie emocje? Jaki śmiech? Uwaga na spoilery.

Zakończony właśnie sezon "The Big Bang Theory" zanotował zdecydowanie więcej wzlotów niż upadków, ale przez większość czasu był po prostu nijaki. Taki też dokładnie jest ten finał – zupełnie obojętny dla widza, nie wzbudzający ani emocji ani śmiechu.

Penny i Leonard dzielą się z resztą grupy szczęśliwą nowiną – pobierają się. Wszyscy oczywiście się cieszą, nawet Sheldon nie wydaje się zmartwiony. Przynajmniej dopóki nie dowiaduje się, że jego najlepszy przyjaciel prędzej niż później zamierza zamieszkać ze swoją jeszcze-nie-małżonką. Bez Sheldona. Oczywiście najstarsze dziecko w historii telewizji nie potrafi zaakceptować tej sytuacji i próbuje zrobić wszystko, aby utrzymać dawny porządek rzeczy.

I to właśnie z Sheldonem miałem w tym odcinku największy problem. Koleś wciąż udowadnia, że potrafi rzucić ciętą ripostą, która pójdzie jego przyjaciołom w pięty, a widzów rozbawi. Tyle że z każdym kolejnym sezonem zaczyna on coraz bardziej irytować. A to wszystko z jednego powodu – ta postać zupełnie się nie rozwija. Jego związek z Amy stoi w miejscu od dawna – jeden pocałunek w pociągu niczego nie zmienił, choć pewnie niejedna osoba na to liczyła. Z jednej strony fajnie ciągle widzieć go w koszulce Flasha, ale z drugiej, czy nie mógłby on choć trochę wydorośleć?

Z fochem na twarzy Sheldon rusza w podróż w nieznane, mimo że zmartwiony Leonard początkowo próbuje go powstrzymać. Tak też kończy się finał, Leonard pozwala Sheldonowi na symboliczne odejście, za co po chwili otrzymuje kilka ciosów od Amy. Mój Boże…

Jedno, co chyba nigdy nie przestanie mnie w tym serialu nudzić, to Howard i jego pokręcona relacja z matką. Może i żarty o tym, jak jest wielka i ile potrafi zjeść nie są najbardziej wysublimowane, ale nic na to nie poradzę, dziewięć na dziesięć z nich mnie bawi. Poszukiwania opiekunki dla chorej matki są bardzo trudne, w końcu kto mógłby wytrzymać z takim potworem dłużej niż kilka minut? I nagle, dość niespodziewanie, z ratunkiem przychodzi Stuart, który właśnie stracił w pożarze sklep z komiksami – cały dorobek swojego życia. Okazuje się, że on i "Debbie" świetnie się razem dogadują i wcale nie muszą podnosić głosu w czasie rozmów.

Nie mógłbym też zapomnieć o Raju, który wreszcie zaliczył. Brawo, Raj, dobra robota! Właściwie to jest to nawet większe wydarzenie niż zaręczyny najbardziej romantycznej pary w historii telewizji. Całe to zamieszanie przestało mnie jednak obchodzić bardzo szybko, jakoś tak po piątym tekście Raja na ten temat.

Dokładnie to samo stało się z całym "The Big Bang Theory" – ten serial zwyczajnie przestał mnie obchodzić. Nie czekam już na kolejny odcinek, oglądam je tylko z poczucia z recenzenckiego obowiązku. Nie widzę żadnego punktu, do którego mógłby zmierzać, to taka sama niewiadoma, jak cel podróży Sheldona. Chemii nie ma już nie tylko między Penny i Leonardem (którzy nagle zaczęli trzymać się za ręce, postęp!), wyparowała ona z całej obsady. Ta produkcja niestety już nie śmieszy i wątpię, by w kolejnych sezonach (matko, jeszcze trzy przed nami!) miało być lepiej.

Wszystko to ciągnie się tylko dlatego, że z niezrozumiałych powodów amerykańska widownia wciąż lgnie do tego serialu. Czasem nie rozumiem świata.