Pazurkiem po ekranie #34: Wakacje, prawie wakacje!

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

Do "Orphan Black" zawitał Patrick J. Adams, w "Penny Dreadful" poznaliśmy bliżej potwora, a "Californication" jest słabsze niż kiedykolwiek. Najważniejsze jednak, że zaczynają się wakacje, czyli ten piękny czas, kiedy oglądamy to, co chcemy, a nie to, co jest. Możliwe spoilery.

Sezon letni zdecydowanie coś w sobie ma. To prawda, najpierw trudno się przyzwyczaić do poniedziałków bez "The Good Wife", "Mad Men", a w końcu i "Gry o tron". Nadmiar czasu wolnego zaczyna dziwić, przeszkadzać, uwierać. Człowiek zaczyna oglądać z nudów filmy, wychodzić z domu o dziwnych porach, myśleć, że gdzieś tam może jest życie. A kiedy okazuje się, że to prawda, życie jest, istnieje i każdy z nas może je mieć, zanurzamy się w nie bez reszty i wydaje nam się, że tak być powinno. Przynajmniej do czasu.

Na szczęście ta druga rzeczywistość wciąż istnieje...

...i wciąż po niej biega Tatiana Maslany w wielu różnych wersjach. Ostatnio podzieliłam się tutaj myślą, że nie do końca mnie przekonuje ta ciągła bieganina w 2. sezonie "Orphan Black". Myśl ta nie wszystkim przypadła do gustu, co uznałam za zupełnie zrozumiałe, w końcu nie wszystkie moje myśli muszą Wam się podobać. Jest zresztą możliwe, że z tej akcji w końcu narodzi się jakieś ważne wydarzenie, nie mówię, że nie. Po prostu nadmiar akcji wpływa na mnie usypiająco.

Na razie cieszę się, że w najnowszym odcinku zanurzyliśmy się trochę głębiej w psychikę najdziwniejszej z bohaterek, Heleny. Świetne były jej sceny z Sarah - nie do wiary, że to Tatiana i Tatiana! - a jeszcze bardziej mi się spodobała, kiedy wpadła w ramiona chłopaka w bejsbolówce o imieniu Jesse. Zobaczyliśmy ją z zupełnie innej strony - jako całkiem zwyczajną dziewczynę, która chce dokładnie tego samego co wszystkie dziewczyny. A oprócz tego lubi od czasu do czasu skopać tyłek paru facetom.

Patrick J. Adams, który gościnnie wystąpił w "Orphan Black" musiał się nieźle bawić na planie. Na jego Instagramie i Twitterze znajdziecie kilka dowodów, że tak było.

W swoich bohaterów zagłębia się też "Penny Dreadful"...

...i to jest jeden z powodów, dla których jestem skłonna dalej uważać produkcję Showtime'a za coś ponadprzeciętnego. W ten sposób po prostu tego jeszcze nie zrobił nikt: "Penny Dreadful" to wiktoriański horror, który toczy się wolno, po drodze dogłębnie zwiedzając wszelkie zakamarki duszy swoich postaci. W 3. odcinku bardzo dokładnie poznaliśmy Victora Frankensteina i jego potwora (Rory Kinnear), który wrócił do niego, po tym jak zobaczył różne twarze ludzkości.

Nawet jeśli nie jest to na dobrą sprawę nic nowego, postacie w "Penny Dreadful" wydają mi się tak realne, tak ludzkie i tak skomplikowane, że patrzę na ich poczynania z zainteresowaniem. Mimo że fabularnie serial na razie nie zachwyca aż tak bardzo.

W innych rejonach Showtime'a Hank Moody żegna się z nami...

...a ja obserwuję to pożegnanie w strasznych bólach. Wydawało mi się, że "Californication" już wcześniej sięgnęło dna i gorzej nie będzie. Myliłam się, może być jeszcze gorzej. Moje problemy z finałowym sezonem doskonale podsumowała nasza Czytelniczka w Kitach tygodnia. Levon to fatalna postać. Julia jest za to tak fajna, że aż chcemy, aby ona i Hank skończyli razem. Problem w tym, iż przez sześć sezonów tłuczono nam do głowy, że wielką miłością naszego ulubionego pisarza erotomana jest Karen. Wydawało się, że to po prostu musi się tak skończyć. On musi ją odzyskać albo umrzeć z rozpaczy, że nie może jej mieć.

Tom Kapinos uznał chyba jednak, że to byłoby za proste i wprowadził do gry drugą "rodzinę" Hanka, a z Karen uczynił postać nie dość że marginalną, to jeszcze zwyczajnie niefajną. Niesympatyczną po prostu. Becca znikła całkiem, więc w zasadzie już nie ma powodu, dla którego jej rodzice mieliby się się widywać. Zrobił się jeden wielki bałagan, a mnie nic z tego już specjalnie nie obchodzi. Nawet nową pracę Hanka uważam za bezsensowny wątek, bo pisanie procedurala policyjnego pasuje do niego jak pięść do nosa. Rozumiem, facet był zdesperowany, ale każda desperacja ma swoje granice.

Jak dobrze, że to już prawie wakacje...

...i problemy podstarzałego tatuśka Hanka Moody'ego będę mogła zamienić na więzienne przygody pań z "Orange Is the New Black" i pirackie wyprawy Johna Malkovicha. A najpiękniejsze w tym serialowym okresie posuchy jest to, że wreszcie mogę oglądać, co chcę. Wczoraj po dziewięciu miesiącach przerwy wróciłam do Stars Hollow i spotkałam Jona Hamma u boku Lorelai. A w planach mam jeszcze dziewięć sezonów "Seinfelda" (nigdy nie widziałam tego serialu od początku do końca) i wizytę po latach w "Twin Peaks" (już prawie zapomniałam, jak tam było!). Co jeszcze mam obejrzeć? Ach, wakacje...!

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.