"Undateable" (1x01-02): Kolejna kiepska komedia

"Undateable" (Fot. NBC)

"Undateable" (Fot. NBC)

NBC wreszcie ma coś dla sierot po "Whitney": sitcom, który jest równie fatalny, i w którym też gra Chris D'Elia.

Nie dziwię się, że NBC nie zdecydowało się pokazać "Undateable" w sezonie. Tak słabej, nijakiej i niepotrzebnej komedii chyba jeszcze w tym roku nie było. Bo wcześniej mieliśmy "Whitney". Oba seriale mają zresztą więcej cech wspólnych niż bylejakość: w obu jest okropny śmiech z puszki, w obu gra Chris D'Elia, którego pewnie stać na więcej, i oba udają, że mają coś do powiedzenia o relacjach damsko-męskich.

W "Whitney" mieliśmy parę, która była o tyle "nowoczesna", że żyła latami bez dzieci i ślubu, tu mamy faceta, który potrafi wyrwać każdą dziewczynę, i grupę jego kolegów, którzy zachowują się, jakby nigdy w życiu nie widzieli człowieka płci przeciwnej (w jednym przypadku tej samej płci - bo teraz każdy serial musi mieć geja). Serio, to jest po prostu statystycznie niemożliwe, żeby tylu takich życiowych nieudaczników mogło się zebrać w jednym barze i jeszcze ze sobą zaprzyjaźnić.

Wszystko zaczyna się od tego, że Danny (Chris D'Elia) traci współlokatora, który właśnie się żeni. Jego nowym współlokatorem zostaje Justin (Brent Morin), właściciel knajpy, który od ośmiu miesięcy planuje idealną rozmowę z barmanką. Jego przyjaciele - Burski (Rick Glassman), Shelly (Ron Funches) i Brett (David Fynn) - na oko wyglądają całkiem normalnie, ale wszyscy mają ten sam problem. Nie potrafią umówić się z kobietą/mężczyzną na randkę.

Ponieważ dla Danny'ego dziewczyny na jedną noc to chleb powszedni, zaczyna odgrywać rolę mentora w tym towarzystwie. Co jest raczej męczące niż zabawne. No chyba że bawią Was żarty, które słyszeliście już milion razy. Nie brakuje też tradycyjnego zestawu gagów charakterystycznych dla komedii, które inaczej nie potrafią się wybronić: o penisach, chorobach przenoszonych drogą płciową i takich tam. Męski serial, wiecie, rozumiecie.

W "Undateable" fatalne jest wszystko, nie tylko poziom żartów. Serial nie ma kompletnie nic do zaoferowania, bo i takich bohaterów już widzieliśmy wielu, i takie bary były, i takie sytuacje też. Być może całość byłaby nieco bardziej znośna, gdyby głównego bohatera dało się lubić. Ale nie! Danny zachowuje się tak, że trudno uwierzyć, iż jest w stanie przyprowadzić do domu jakąkolwiek kobietę przy zdrowych zmysłach. To po prostu totalny palant. Owszem, pojawiły się sugestie, że jego zachowanie ma głębsze podłoże, ale na razie ta postać zwyczajnie nie działa. On ani nie wygląda jak magnes na kobiety, nie ma w sobie nic fajnego czy intrygującego.

Aż dziw, że tak schematyczny, banalny i po prostu głupi serial firmuje swoim nazwiskiem Bill Lawrence ("Scrubs", "Cougar Town"). Nawet w latach 90. coś takiego pewnie by przepadło po trzynastu odcinkach, a potem te trzynaście odcinków kupiłby Polsat i emitował bez końca. Dziś spokojnie można to było wyeliminować już na etapie pilota (jeśli nie scenariusza pilota). Czemu nikt w NBC tego nie zrobił? Cóż, zagadka. Ciekawsza niż ten serial.