"Orange Is the New Black" (2x01-03): Podróż w głąb króliczej nory

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

Aż trudno w to uwierzyć, ale w 2. sezonie "Orange Is the New Black" jest jeszcze lepsze niż w pierwszym. Jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej przepełnione absurdem i zdecydowanie bardziej mroczne. Uwaga na spoilery z trzech pierwszych odcinków.

Odcinek "Thirsty Bird", którym zaczyna się 2. sezon "Orange Is the New Black", porządnie mnie zaskoczył. Owszem, po wydarzeniach z ostatnich minut finału poprzedniej serii spodziewałam się mocnego uderzenia. Ale nie spodziewałam się aż wstrząsającego początku i tak drastycznej zmiany tonu. Piper, po tym co zrobiła, wylądowała w izolatce. Pamiętamy, jak strasznie wyglądała, kiedy zdarzyło jej się to po raz pierwszy i trwało zaledwie kilkadziesiąt godzin. Kiedy ją spotykamy po przerwie, siedzi w izolatce od wielu dni i zachowuje się, jakby zaczęło jej się już porządnie mieszać w głowie.

Na szczęście albo nieszczęście przychodzą panowie w mundurach, zabierają ją gdzieś w środku nocy, ładują do samolotu i tak zaczyna się kolejny etap podróży w głąb króliczej nory. Piper jest przerażona tym, co się dzieje, a przede wszystkim tym, że kompletnie nie wie, co się dzieje. Nie wie, dokąd ją wiozą, czego od niej chcą, a na dodatek dopada ją najbardziej życiowy z problemów: podczas całej tej akcji strasznie chce jej się sikać. W końcu będzie musiała to zrobić na oczach dwóch facetów. A to i tak najmniejsze z upokorzeń, jakie ją teraz spotkają.

Jenji Kohan, twórczyni "OITNB", potraktowała widzów niemal tak, jak więzienie potraktowało Piper. My również musimy siedzieć w niepewności i drżeć z niepokoju, nie znając odpowiedzi na pytanie, czy Pennsatucky udało się przeżyć walkę i jaki jest cel podróży Piper. Koszmar, w którym więzienna Barbie teraz żyje, został genialnie rozłożony na czynniki pierwsze i zaserwowany w taki sposób, że nasz strach z minuty na minutę tylko rośnie. Bardzo dokładnie poznajemy piekło, którym stał się umysł tej dziewczyny.

Dostajemy też namacalne dowody na to, że wszystko u niej zmieniło się na gorsze. Więzienie w Litchfield w porównaniu z nową sytuacją Piper wydaje się niemalże domem wczasowym. Wszystkie okropieństwa, które przeżyła, teraz zostają zwielokrotnione. W Litchfield strażnicy ją rozbierali do naga i zaglądali w każdy możliwy otwór, w Chicago robią to samo, ale na oczach tłumu ludzi. W Litchfield więźniarki wydawały się szalone i niebezpieczne, tutaj mamy kobiety szalone i niebezpieczne, które chwalą się liczbą popełnionych morderstw. W Litchfield wolność poruszania się i wszelka prywatność były poważnie ograniczone, tutaj nie ma ich wcale. I tak dalej, i tym podobne - bo tę listę można by jeszcze ciągnąć.

Mimo że odcinek jest tak mroczny, jak to tylko możliwe, nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, widząc, jak Piper radzi sobie z nowymi koleżankami. Drobna blondynka, która parę miesięcy temu drżała na widok współwięźniarek, teraz zachowuje się jak stara wyjadaczka. Okazuje się jednak, że nawet jeśli rzeczywiście kogoś zamordowała, w Chicago nie zdobędzie dzięki temu respektu. One wszystkie kogoś zamordowały! Nie ma rady, trzeba spuścić z tonu, wrócić na swoje miejsce w szeregu i zabrać się za poszukiwanie karalucha przemytnika, który zastąpi cennego Yodę.

Kiedy na więziennym spacerniaku pojawia się Alex, i Piper, i nam wydaje się, że to wybawienie. Ale nie, Alex znów oznacza to co zwykle: kilka miłych momentów, za które trzeba będzie zapłacić. Na razie dotarłam do trzeciego odcinka, wiem więc tylko tyle, że Piper wróci do swojego "domu wczasowego" w Litchfield. Nie wiem, co będzie dalej, spodziewam się jednak, że za kłamstwo w sądzie pod przysięgą prędzej czy później będzie kara. Piper zdecydowanie już nie chce być grzeczną dziewczynką, która zawsze robi to co należy, ale tym razem naprawdę powinna była zrobić to, co należało.

"Thirsty Bird", jak każdy odcinek "Orange Is the New Black", wypełnione jest po brzegi humorem. Piper rzuca żartami nawet znajdując się na największym dnie, strażnicy wymieniają się dowcipnymi uwagami w najmniej odpowiednich momentach, a kapitan podczas lotu zachowuje się niczym zawodowy komik. I jeszcze nigdy ten humor nie wydawał mi się tak wisielczy, a więzienny koszmar tak przytłaczający. Szczerze zaśmiałam się dopiero widząc karalucha dźwigającego na plecach papieros, wcześniej miałam wrażenie, że "OITNB" nawet jeśli żartuje, to tylko po to, by za chwilę jeszcze bardziej pogrążyć się w mroku.

Na tę chwilę odnoszę wrażenie, że to właśnie był najlepszy odcinek produkcji Netfliksa. Najbardziej gorzki, prawdziwy i przejmujący do szpiku kości. Wszystko, co do tej pory wydawało się koszmarne, zostało zwielokrotnione. To, co do tej pory wydawało się absurdalne, teraz zaczęło się stawać początkiem szaleństwa. Granice zostały przesunięte, emocje zostały podkręcone, a główna bohaterka znalazła się na krawędzi. Kiedy potem mówi, że spędziła dużo czasu, zastanawiając się, czy gdyby umarła, to miałoby to znaczenie, wierzymy, że rzeczywiście zdarzało jej się tak myśleć.

W kolejnych odcinkach miejscem akcji znów jest Litchfield. Obserwujemy upadek Red, dowiadujemy się więcej o Taystee i poznajemy jej przybraną matkę, Vee (Lorraine Toussaint), która prowadziła dobrze prosperujący narkotykowy interes. Do czasu oczywiście. Ale największe wrażenie i tak robi wgląd w życie Suzanne, bardziej znanej jako Crazy Eyes. Nieokrzesanej czarnoskórej dziewczynki wychowanej wśród pięknych, białych ludzi. Ta najbardziej chyba pokręcona postać w serialu już nie jest aż taką zagadką, jak na początku, ale wciąż nie znamy jej historii w całości i wciąż nie wszystkie jej zachowania rozumiemy.

"Orange Is the New Black" ma tak wiele bohaterek i wątków, że ogarnięcie wszystkiego, co się wydarzyło w trzech odcinkach, wydaje się praktycznie niemożliwe. Na dodatek wszystko zasługuje na pochwałę. Serial Netfliksa w 2. sezonie nie stracił nic a nic na jakości. Wciąż jest świeży, ostry i inteligentny, wciąż wciąga jak diabli od pierwszej minuty i wciąż zachwyca charakterystycznym tonem, zawierającym w sobie dokładnie tyle dramatu i tyle komedii, ile powinien.

Bohaterki dają się lubić jeszcze bardziej niż na początku, bo im bardziej zagłębiamy się w każdą z nich, tym bardziej widzimy, jak świetne z nich babki. Oczywiście, każda popełniła jakąś głupotę, a czasem coś więcej niż głupotę, ale w większości przypadków zostały one po prostu skrzywdzone i uszkodzone przez życie. Trudno ich nie lubić i trudno im nie kibicować w codziennych zmaganiach z systemem, którego absurdy widać na każdym kroku.

Serial Netfliksa jest doskonale napisany i świetnie zagrany. I scenarzyści, i fantastyczne aktorki, które wcielają się w te niebanalne bohaterki, dbają o to, aby każdy odcinek, nawet taki z pozoru o niczym, dostarczył nam emocji. Nie ma drugiego serialu, który sprawiałby, że w jednym momencie głośno się śmiejemy, a w drugim umieramy ze strachu o bohaterki albo przeżywamy razem z nimi kolejne okropne upokorzenie. I nie ma drugiego serialu, który potrafiłby w tak lekki i przyjemny sposób opowiadać prawdziwie dramatyczne, głębokie i żywe historie - coraz to nowe i nowe.

To, co robi Jenji Kohan, to dla mnie prawdziwa magia. Oby trwała jak najdłużej.