"Power" (1x01): Gangsterzy z MTV

"Power" (Fot. Starz)

"Power" (Fot. Starz)

Jest lato, sezon ogórkowy, nie ma o czym pisać, seriali do oglądania dużo mniej, a o większości nowych produkcji chce się zapomnieć chwilę po obejrzeniu. Dokładnie tak jest z "Power".

O "Power" mogliśmy sporo usłyszeć głównie ze względu na nazwisko jego producenta, Curtisa Jacksona, znanego szerzej jako 50 Cent. Słowo "producent" jest tutaj kluczowe – Fifty nie ma szczególnego wpływu na fabułę i rozwój serialu, po prostu przyozdabia go swoją muzyką i sygnuje swoją ksywką. Co nie wróży szczególnie dobrze całej produkcji, w końcu 50 Cent rozgrzewał publikę 8-10 lat temu, teraz nie budzi niemal żadnych emocji.

Niestety, ale zgodnie z moimi przewidywaniami "Power" jest serialem totalnie nijakim. To chyba w ogóle domena większości produkcji od Starz – równie dobrze mogłoby ich nie być i nikt by nawet nie zauważył. Wszystko wygląda jak jeden długi teledysk 50 Centa – ekskluzywne kluby, drogie garnitury i jeszcze droższe kobiety mieszają się z atmosferą brudnych, zapomnianych przez Boga dzielnic. Drogie samochody, narkotyki, koperty z hajsem wędrujące z rąk do rąk… Wszystko to znamy z teledysków puszczanych kiedyś na MTV. Co najgorsze, mam wrażenie, że cała historia z pilota zmieściłaby się w kilkuminutowym teledysku, bo przez większość czasu na ekranie nic się nie dzieje.

James "Ghost" St. Patrick (Omari Hardwick) właśnie otwiera ekskluzywny klub, który okazuje się być dużym sukcesem. Za kulisami nie jest już jednak tak wesoło i kolorowo, główny bohater serialu brudzi sobie ręce w biznesie narkotykowym. Klub wydaje się być dla niego szansą na przejście na gangsterską emeryturę, ale wiadomo, że nie będzie to zbyt łatwe. Ghostowi (niezła gangsterska ksywka, prawda?) w interesach pomaga przyjaciel z dzieciństwa, Tommy (Joseph Sikora) oraz żona Tasha (Naturi Naughton), której zupełnie nie przeszkadzają brudne interesy jej męża, bo dzięki nim może nie robić nic poza chodzeniem na zakupy i wyglądaniem ładnie.

Ghost za chwilę może zostać zmuszony do odejścia z narkotykowego biznesu, bo oto na szyi jego latynoskiego przełożonego zaczyna zaciskać się pętla. Nasz bohater póki co jest dla wymiaru sprawiedliwości nieosiągalny, ale to za chwilę może się zmienić. Zwłaszcza że w całe śledztwo zamieszana jest jego miłość z młodzieńczych lat, Angela (Lela Loren). Wspólne sceny tej dwójki dają nam jasno do zrozumienia – dawne uczucie wciąż jeszcze się tli i z pewnością wprowadzi sporo zamieszania w życiu bohaterów.

No właśnie, bohaterowie. Szkoda, że nie można o nich powiedzieć nic więcej, oprócz tego, że są. Gangsterzy są kalkami bohaterów, którzy w popkulturze przewijają się od lat, nie boją się rzucić "fuckiem" albo "niggerem" używają tego wkurzającego slangu i co jakiś wyciągają broń lub używają gróźb. Najbardziej irytującą postacią ze wszystkich wydaje się być jednak Tasha – pusta lalka z denerwującym głosem. Jeśli słabość tej postaci miały przykryć rozbierane sceny to było ich zdecydowanie za mało, by odwrócić moją uwagę.

"Power" jest dokładnie taki jak żona głównego bohatera – pusty i irytujący. Końcówka daje nadzieję, że w kolejnych odcinkach akcja nieco popędzi do przodu, ale póki co zaserwowano nam prawie godzinę nudy. Teoretycznie niezły pomysł zepsuto kartonowymi postaciami i brakiem pomysłu na fabułę. Najfajniejszy element całego serialu, czyli czołówka, dużo traci, gdy 50 Cent zaczyna rapować. Jak widać nawet to, co miało być najmocniejszym punktem całej produkcji, zawodzi.

Możecie sprawdzić "Power", ale nie spodziewajcie się cudów po serialu, który w całości opiera się na nazwisku niegdyś sławnego rapera.