"Fargo", czyli zbrodnia i kara na małym ekranie

"Fargo" (Fot. FX)

"Fargo" (Fot. FX)

Jedyne, czego mogliśmy się spodziewać po "Fargo", to to, że wydarzy się kolejna rzecz, której zupełnie się nie spodziewamy. Tak to działało do tej pory, ale w finale będzie inaczej. Musi być inaczej. Uwaga na spoilery ze wszystkich dotychczasowych 9 odcinków.

"Fargo" zachwyca nas od pierwszych scen i mimo że ostatnio na Serialowej nie wyrażaliśmy już tego zachwytu co tydzień, oczywiste jest, że nic się nie zmieniło. Każdy odcinek udowadnia, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych seriali 2014 roku, w którym genialne jest absolutnie wszystko, począwszy od Coenowskiego klimatu i perfekcyjnie napisanego scenariusza, a skończywszy na wielkich kreacjach aktorskich, realizacyjnych cudeńkach, jak odcinek z burzą śnieżną, czy takich małych perełkach, jak plagi egipskie zrzucane jedna po drugiej na biednego Stavrosa.

Ale to nie klimat, nie śnieg, nie reżyseria i nawet nie te szalone wydarzenia, którymi wypakowane są kolejne odcinki, sprawiają, że nie mogę oderwać się od "Fargo". Serial FX jest wielki, bo zagłębia się w ludzką naturę, z chirurgiczną precyzją wynajdując i rozkładając na czynniki pierwsze to, co w niej najgorsze i najbardziej zawstydzające. W całym tym śnieżnym absurdzie najważniejszy jest człowiek i jego umysł, jego pragnienia, jego największe strachy.

Pytani o to, kto z bohaterów serialu robi na nas największe wrażenie, zwykle odpowiadamy, że Lorne Malvo. I nic dziwnego, to po prostu najbardziej efektowna postać w "Fargo". Totalny psychopata, który, niczym Mefistofeles, najlepiej bawi się wtedy, kiedy może udowodnić, jak słabą, pełną pokus i prostą do rozpracowania istotą jest drugi człowiek. Po mistrzowsku odczytuje każdego, z kim ma do czynienia, działa szybko w trudnych sytuacjach, jak ta z Lesterem w windzie, i zawsze wygrywa. Jego inteligencja przeraża nas, ale i budzi zachwyt, bo przecież wiemy, że ktoś taki nie może istnieć naprawdę. Skomplikowane, precyzyjne plany, które Malvo zdaje się wprowadzać w życie bez większego wysiłku - w końcu szatan potrafi wszystko, nawet leczyć zęby - to tylko kolejny dowód na to, jak odrealniona z niego postać.

Oglądając "Fargo", nawet nie zadajemy sobie pytania, czemu Noah Hawley nie chce nam powiedzieć więcej o Malvo. Skąd pochodzi, czy tata go tłukł, kiedy był mały, i czy kiedykolwiek zakochał się w kobiecie. To po prostu bez znaczenia. Billy Bob Thornton nie gra kogoś, kto ma być prawdziwy. W zimnych oczach Malvo mają przeglądać się i dostrzegać swoje prawdziwe ja tacy ludzie jak Lester - poczciwcy, którzy chcieliby od życia więcej niż mają i kiedy już zauważą, że mogą, robią wszystko co trzeba, żeby w końcu zaspokoić tłumiony latami głód. To właśnie ci nieszczęśnicy budzą największą grozę.

Lester Nygaard, everyman, który przekracza kolejne granice zła, sportretowany został znakomicie. Od pierwszego odcinka nie mamy wątpliwości, że to antybohater i to nietypowy, szalenie skomplikowany, taki, jakich do tej pory w telewizji nie było. Człowiek odrażający, bo tchórzliwy, unikający odpowiedzialności za swoje czyny i popełniający kolejne zbrodnie niejako mimochodem. Najpierw wydaje nam się, że taki fajtłapa nie może długo przetrwać, ponieważ to po prostu fizycznie niemożliwe. A jednak on zaskakuje nas z odcinka na odcinek coraz bardziej.

Jest jak szczur ukryty w ciemnym kącie. Wszystkie jego działania są nastawione na przetrwanie, nie ma żadnych wielkich celów, jak Walter White. Nie ma też jego umysłu, ale jednak wystarcza mu inteligencji, żeby wrobić we wszystko brata, przetrwać burzę, ożenić się ze śliczną dziewczyną - której nie waha się wysłać na pewną śmierć, by ocalić swoją skórę - i zostać sprzedawcą roku. Jego spryt rozbraja nas, biednych widzów, i sprawia, że choć wiemy dobrze, jak bardzo nagrzeszył, przez większość odcinków darzymy go tą odrobiną sympatii i może nawet po cichu mu kibicujemy. W końcu nie jest już tym słabeuszem, którego poznaliśmy na początku, na naszych oczach stał się prawdziwym facetem.

Ale w końcu tę naszą sympatię, tę odrobinę podziwu dla drania szlag trafia. Okazuje się bowiem, że spokojne życie, piękna żona i dobrze prosperujący biznes Lesterowi nie wystarczają, on potrzebuje być doceniony przez tego, który go do tego wszystkiego popchnął. Instynkt samozachowawczy powinien kazać mu uciekać na widok Malvo, w Lesterze jest jednak coś, co wygrywa z tym instynktem. Facet potrzebuje poklasku. Chce, żeby szatan, mistrz, ten, od którego wszystko się zaczęło, zobaczył, jak świetnie on sobie poradził. Jak głupi dzieciak, pragnie zostać pogłaskany po głowie i nawet nie myśli, ile przy tym ryzykuje.

Jakie jego zachowanie ma konsekwencje, wszyscy widzieliśmy, ale czy to znaczy, że bez spotkania w Kansas City Malvo nigdy by nie powrócił do Lestera? Moim zdaniem powróciłby tak czy siak i tak czy siak sprzedawca ubezpieczeń z Bemidji nie żyłby długo i szczęśliwie.

Bo to właśnie zobaczymy w finale: marny koniec małego człowieczka, który po tym jak popełnił szereg zbrodni i występków, poczuł się królem życia. Staram się nie patrzeć na serialowe "Fargo" przez pryzmat filmu Coenów, ale to historia tak Coenowska w duchu, że nie może skończyć się zwycięstwem zła. W pełnej poczciwych ludzi Minnesocie dobro znów zatriumfuje. Policjantka Molly, teraz już ciężarna i z mężem listonoszem u boku, włożyła w rozpracowywanie całego tego chaosu tyle czasu i energii, że gdyby miała przegrać albo, nie daj Boże, zginąć, poczulibyśmy się oszukani.

Uważam, że Molly nic nie grozi, tak jak nic nie groziło jej ojcu, Lou, którego rozmowę z Malvo o ciastkach, dawnej sprawie kryminalnej (czyżbyśmy w kolejnym sezonie mieli przenieść się do 1979 roku? Nie miałabym nic przeciwko) i nowym miejscu zamieszkania Lestera Nygaarda oglądało się jak porządny dreszczowiec. W końcu Malvo po prostu wyszedł, widząc, że nic tutaj nie wskóra. A mógł rozwalić głowę ojca Molly. Mógł też wyjść minutę później i rozwalić jeszcze i jej głowę. O głowach dwóch dzielnych agentów FBI nie wspominając.

Molly Solverson to zresztą kolejna postać, która zasługuje na osobny pean. Wygląda na zupełnie zwyczajną dziewczynę, a tkwi w niej taki spokój, taka siła i takie pokłady zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, że to aż niepojęte. Molly widzi wszystko i rozumie każdego, patrzy na ludzi z życzliwością, która nie wyklucza podejrzliwości. Ma wybitny, analityczny umysł, a jednocześnie mnóstwo empatii. Tak jak filmowa Margie, uważa, że wieczór z mężem przed telewizorem i dziecko w drodze oznaczają, że dobrze jej się powodzi. Że ma wszystko, czego człowiekowi trzeba do szczęścia. Nawet szef, Bill - kolejny temat na osobne wypracowanie, bo choć to bohater drugoplanowy, dość dokładnie poznaliśmy jego, jakże ludzkie, przywary, a Bob Odenkirk udowodnił, że potrafi zagrać wszystko - nie wywołuje u niej wybuchów wściekłości, choć jest przekonana, że bez niego jej praca byłaby o niebo łatwiejsza.

Wiem, że serialowe "Fargo" co chwila zaskakiwało, a to, co się działo z bohaterami, w dużej mierze zależało od łutu szczęścia czy też przypadku. Wiem, że takie przewidywania nie mają sensu i być może powinnam się od nich powstrzymać, bo ryzyko zaliczenia wtopy miesiąca jest spore. Ale moim zdaniem przez finałem sezonu/serialu jedna rzecz jest pewna: że sprawiedliwość zostanie zaprowadzona, a winni marnie skończą.

"Fargo" wyraźnie wykorzystuje klasyczny motyw zbrodni i kary - i nawet jeśli serialowa rzeczywistość jest pokręcona do granic możliwości, Noah Hawley musi postąpić tak jak Szekspir, Dostojewski i bracia Coenowie. Ukarać tych złych, dać spokojnie żyć tym dobrym. Nie usprawiedliwiać tych, dla których być może znalazłoby się usprawiedliwienie.

Bo koniec końców ludzkość tylko w ten sposób może przetrwać każdy chaos.