Pazurkiem po ekranie #37: Wszyscy muszą umrzeć

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

Masowe mordowanie bohaterów, zaskakująco podniecające kopanie grobów i takie zwykłe, powolne zdychanie. Kolejny serialowy tydzień okazał się pełen śmierci. Uwaga na spoilery z najnowszych odcinków "Gry o tron", "Orphan Black" i "Californication".

Lubię, kiedy Warszawa pustoszeje. Kiedy miłośnicy przetworów domowych - podobno tutaj to jakaś szczególnie charakterystyczna grupa, nie przez wszystkich jednakowo lubiana - zapychają drogi wylotowe z miasta, wielbiciele komarów tłumnie podążają nad jeziora, a ci nieliczni, którzy decydują się w stolicy pozostać, mają wreszcie czas napić się jak ludzie wina w środku dnia. Na kilka dni miasto, które ciągle dokądś biegnie bez sensu, opanowuje cudowny marazm, a ja wreszcie czuję się jak w domu.

"Pazurkiem po ekranie" powstające na Saskiej Kępie pod parasolkami ma zupełnie inny klimat niż domowe, krakowskie. Z Waszego punktu widzenia oznacza to pewnie poziom niższy niż zwykle, w końcu autorka jest zajęta wszystkim, tylko nie serialami. Z mojego punktu widzenia takie pisanie to całkiem przyjemna sprawa.

A tymczasem w tej drugiej rzeczywistości...

...znów padło ileś trupów w Westeros, za to zmartwychwstania nie było ani jednego. "The Children" pewnie mogłoby być jeszcze lepsze, ale i tak finał wypadł przynajmniej satysfakcjonująco. Tak jak poprzednie dziewięć odcinków. Oglądając ten sezon "Gry o tron", po raz pierwszy poczułam, że mam do czynienia z żywymi ludźmi, a nie pionkami przesuwanymi nie zawsze z sensem po szachownicy. I zdecydowanie spodobało mi się to uczucie.

Prawdopodobnie rację ma Michał, który napisał, że wreszcie nieźle znamy tych bohaterów - ich losy, motywacje, sposób myślenia. Do jednych czujemy sympatię, innych nienawidzimy coraz bardziej - i choć w przypadku serialu fantasy, gdzie ciągle ktoś ginie i w zasadzie wszystko jest grą, takie emocjonalne podejście może nie mieć większego sensu, ja tego właśnie chcę. Dobry serial to właśnie różni od filmu, że pozwala porządnie zagłębić się w psychikę postaci. W "Grze o tron" różnie z tym bywało, głównie ze względu na konieczność ogarnięcia tysiąca wątków naraz i wycinanie wielu książkowych scen, które pozwoliłyby lepiej poznać bohaterów.

Nie było też jeszcze w "GoT" postaci, którą kochałabym tak bezgranicznie, jak Oberyna Martella. Facet miał mnóstwo uroku, wydawał się interesującym człowiekiem, a na dodatek jeszcze wyraźnie było widać, że słuszność jest po jego stronie. Jakby tego było mało, walczył świetnie. Był zwinny, sprytny i elegancki. Nie zasługiwał na taki koniec, ale właśnie dlatego, że spotkał go taki koniec, zostanie ze mną na dłużej.

Szczerze mnie martwi to, co zrobił Tyrion. Mówicie mi, że w książkach też zabił i ojca, i Shae, ale ja jednak pozostanę przy opinii, że wydźwięk tych wydarzeń zasadniczo zmienia fakt, iż ta serialowa Shae naprawdę kiedyś kochała Tyriona. Mam wrażenie, że moja sympatia do niego, po tym jak zadał swojej byłej pani tak okrutną śmierć, znacząco się zmniejszy. Za to Tywin tuż przed śmiercią wyglądał, jakby nabrał szacunku do syna, którego nigdy nie chciał. Cóż za piękne paradoksy.

W "Orphan Black" Donnie Hendricks wyhodował sobie wreszcie jaja...

...takie metaforyczne na szczęście. I choć stało się to podejrzanie szybko, nie pamiętam już, kiedy z taką przyjemnością oglądałam tę produkcję. Wreszcie doszło do skumulowania wielkich emocji, znaczących wydarzeń i tego wszystkiego, co uważam za wątki główne, a co gdzieś się rozmyło w tej bezładnej bieganinie, jaką był 2. sezon.

Alison i Donniemu, którzy wreszcie znaleźli coś, co kręci ich oboje, miałam ochotę doradzić, żeby zamiast "Dextera" zobaczyli 1. sezon "Breaking Bad" albo choćby polski film "Rewers". To by rozwiązało problem pochówku.

Mała dziewczynka, zgadzająca się na wbicie sobie w biodro wielkiej igły, byle tylko ciocia Cosima nie umarła, była do głębi poruszająca. Rozemocjonowana Sarah szalała, jakby chciała dostać Emmy. Helena okazała się całkiem rozsądna. Rachel wreszcie pokazała, że ma ludzką stronę, co nie przeszkodziło jej wcielić w życie szatańskiego planu. Jeśli finał dorówna poziomem 9. odcinkowi, prawdopodobnie znów będę wielbić "Orphan Black".

Koniec męki Hanka Moody'ego już jest bliski...

...i Bogu dzięki! Oglądam to, jeszcze to oglądam i doprawdy nie wiem po co. Prawdopodobnie powinnam po prostu włączyć od razu finał, w którym pisarz erotoman wreszcie odjedzie ze swoją Kareniną w kierunku zachodzącego słońca albo przegra wszystko raz a dobrze. Bo cała ta historia z Julią i synem brzydalem, pisanie idiotycznego procedurala telewizyjnego, wypadek Karen, po którym nie został nawet siniak - to wszystko było zwyczajnie niepotrzebne.

"Californication" już się skończyło. Nieważne, czy skończyło się dobrze czy źle dla Hanka - skończyło się. Wydarzenia z finałowego sezonu nie zmienią nic a nic w Wielkim Planie Toma Kapinosa, tylko odwlekają bez sensu jego egzekucję. Gdyby jej dokonano dwa, trzy lata temu, jeden z moich ulubionych niegdyś seriali odszedłby w innej atmosferze. Teraz to trup, który gnije na naszych oczach. Szkoda.

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.