"Louie" (4x13-14): Ech, kobiety...

"Louie" (Fot. FX)

"Louie" (Fot. FX)

W finale 4. sezonie Louie znalazł się w uczuciowym galimatiasie i choć po drodze było mnóstwo niedopowiedzeń, niezręczności i zbyt głośno wykrzyczanych słów, nie skończyło się to katastrofą. Uwaga na spoilery.

Podobno "Louie" już nie jest zabawny. A przynajmniej Gawker twierdzi, że nie jest. Badając granice naszej wytrzymałości, w odcinku "Pamela Pt. 1" Louis C.K. lekko przegiął, przyciskając Pamelę (Pamela Adlon, która wreszcie skończyła pracę na planie "Californication") do ściany i, no właśnie, nie gwałcąc jej, bo na to jest za głupi, a całując ją w dziwny, nieprzyjemny sposób, mimo że ona sobie tego nie życzyła. Gdyby czegoś takiego dopuścił się ktoś inny niż ten niezdara Louie, ta scena pewnie byłaby szeroko omawiana przez zbulwersowanych recenzentów. A tak tylko dziennikarka Gawkera poczuła na tyle duży dyskomfort, by napisać o tym sążnisty artykuł.

Ja już nie odczuwam dyskomfortu, patrząc na Louiego. Lubię go, kiedy leży obżarty w łóżku w środku dnia i kiedy potyka się o drzwi, biegnąc za modelką w bieliźnie. Lubię jego goły tyłek (którego faktycznie nie ma) i łysinę świecącą w słońcu. Lubię nawet te wszystkie momenty, kiedy bywa nieprzyjemny dla kobiet, bo przecież i tak przez większość czasu to kobiety traktują go fatalnie.

W tym sezonie rzeczywiście zdarzyło się kilka momentów, kiedy sytuacja się odwróciła. Sympatyczna i zabawna Vanessa (Sarah Baker) nie doczekała się jego zainteresowania, bo była za gruba. I nie potrafiła tego zmienić, choć starała się jak mogła. Nawet szczerością nic nie wskórała, Louie mógł wziąć grubą dziewczynę za rękę, ale umówić się z nią po raz drugi już nie mógł. Co może i byłoby logiczne, gdyby sam wyglądał jak model. Nie wygląda. Pameli też się oberwało, bo Louie wolał Amię, kobietę, z którą nie był w stanie zamienić ani słowa. A kiedy Amia wyjechała, wrócił do niej z podkulonym ogonem. Tak jakoś wyszło, że on, ten niezdarny, grubawy, łysiejący i jeszcze na dodatek rudy facet w średnim wieku w tym sezonie był w stanie dopiec kobietom bardziej niż one jemu.

A jednak jakoś z tego wybrnął. Razem wybrnęli, on i Pamela. Tak dziwnego, pokręconego i pełnego niezręczności serialowego związku chyba jeszcze nie widziałam. Powiedzieć, że Pamela wysyłała cały czas sprzeczne sygnały, to nie powiedzieć nic. Czasem naprawdę trudno z nią wytrzymać, bo zachowuje się jak mała dziewczynka, wychowana gdzieś w dziczy - nie umie powiedzieć "kocham cię", wyrzuca wszystkie jego meble, dlatego że są brzydkie, co chwila go zachęca do działania, aby zaraz potem go odtrącić. Żaden normalny facet czegoś takiego by nie zniósł.

Ale Louie to znosi, bo widzi to co my. Tę drugą Pamelę, istotę cudowną, mądrą, w jednej sekundzie łapiącą, o co chodzi drugiemu człowiekowi. Tę Pamelę, która od pierwszej chwili świetnie dogaduje się z córkami Louiego; tę, która mówi mu, że każdy może mieć serial telewizyjny, nie tylko Maron, i tę, która widząc instalację o nazwie "Biegunka" w galerii sztuki nowoczesnej nie potrafi zachować powagi. I wreszcie tę, która plącze się i plącze, dogryza Louiemu, nazywa go "głupkiem" i "kobietą", by w końcu przyznać, że nie najlepiej sobie radzi z wyrażaniem uczuć słowami.

O ile na początku dwuodcinkowego finału wydawało się, że coś tu musi pójść nie tak, bo przeszkoda goni przeszkodę, a oni oboje ganiają się bez sensu, wcale nie po to, aby się złapać, to końcówka jest już niemal magiczna. Jeśli zalanie łazienki przez wielkiego, gołego, niegrzeszącego urodą faceta może mieć coś wspólnego z magią.

Na tym jednak polega siła "Louiego": że umie nam pokazywać palcem rzeczy cudowne ukryte w najbardziej szarej zwyczajności. Przez szereg dziwactw, absurdów i zwrotów akcji rodem z czarnej komedii Louis C.K. potrafi nas poprowadzić ku temu, co w życiu najprostsze i najlepsze. Nieważne, czy chodzi o wieczór w wannie, czy o śniadanie z dzieciakami, czy o deszcz meteorów w Central Parku.

W całej tej surrealistycznej przygodzie, jaką jest "Louie", można odnaleźć porządną dawkę życiowej mądrości - takiej, jaką może posiadać tylko facet w średnim wieku, który ma pracę, dzieci i byłą żonę, która żadnym cudem nie mogła mu tych dzieci urodzić. Bo, jak wreszcie ktoś zauważył, a tym ktosiem była Pamela, Janet jest czarnoskóra, a dziewczynki białe.

Czy "Louie" śmieszy tak samo jak na początku? Pewnie nie, ale tylko dlatego, że już się do jego dowcipów przyzwyczailiśmy. Czy jest świeży jak na początku? Nie, bo to już 4. sezon. Czy wszystkie odcinki są tak samo genialne? Oczywiście, że nie, przygodę z Amią najchętniej bym skróciła do góra dwóch odcinków.

Ale i dwuodcinkowy finał, i wcześniejsze "In the Woods" pokazują, że Louis C.K. potrafi jeszcze zaskoczyć i z pewnością wciąż ma dużo do powiedzenia. Mimo że żadnych prestiżowych nagród w tym roku znów nie zdobędzie - wśród krytyków zapanował szał na "Orange Is the New Black", i słusznie, bo zaliczyło ono właśnie świetny sezon - "Louie" umacnia swoją pozycję jako jedna z tych komedii, które oglądać po prostu trzeba.

Chciałabym, abyśmy w kolejnym sezonie zobaczyli głównego bohatera szczęśliwego, z kobietą u boku, bo w takiej sytuacji jeszcze go nie oglądaliśmy, a przynajmniej nie przez dłuższy czas. I chyba nie do końca potrafimy go sobie wyobrazić w normalnym związku. Zwłaszcza że mamy do czynienia i ze specyficzną kobietą, i z porządnie poplątanym uczuciowym galimatiasem, w którym wzajemne przyciąganie się nie zawsze tak po prostu wygrywa z przeszkodami siedzącymi w nich obojgu.

Oficjalnego zamówienia dla 5. sezonu na razie nie ma, oglądalność jak co roku jest słabiutka, ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli nie zobaczyć ciągu dalszego. Mimo że ostatnia scena, ta z Louiem i Pamelą w wannie, jak najbardziej mogłaby być finałem serialu.