"Tyrant" (1x01): Czy to będzie nowe "Homeland"?

"Tyrant" (Fot. FX)

"Tyrant" (Fot. FX)

"Tyrant" to nowy "poważny" serial FX dotykający takich tematów jak terroryzm, geopolityka, islam, polityka na Bliskim Wschodzie. Brzmi prawie jak "Homeland", ale "Tyrant" zebrał bardzo mieszane opinie krytyków. Czy warto się zapoznać z tą produkcją? Spoilery!

Pomysł na główną oś fabularną "Tyrant" to w pewnym sensie odwrócenie tego, co oglądaliśmy w "Homeland". Tutaj mamy historię Barry'ego - na pozór zwykłego amerykańskiego lekarza, który ma zwykłą amerykańską rodzinę. Mieszkający od lat w USA Barry - a w zasadzie Bassam Al-Fayeed - jest tak naprawdę drugim synem dyktatora pewnego fikcyjnego państwa na Bliskim Wschodzie. W pewnym momencie ze swoją przylatuje do ojczyzny , by uczestniczyć w ślubie jednego z członków rodziny. Barry opuścił swój kraj kilkanaście lat wcześniej i później już nie wracał. Przyczyn możemy się domyślać.

Jego starszy brat Jamal jest, jak się okazuje, odpychającym sadystą - w pierwszym odcinku twórcy zadbali, byśmy poznali go od razu od jak najgorszej strony. Jamal obawia się zamachu podczas wesela, jednak rodzinna uroczystość, w przeciwieństwie np. do pewnego słynnego wesela z "Gry o tron", kończy się śmiercią tylko jednej osoby, ale za to bardzo ważnej. Barry ma problem, także ze swoją amerykańską częścią rodziny.

"Tyrant" to serial, który w poważny sposób chce opowiadać o istotnych światowych problemach. Wątki geopolityczno-religijne, jak Arabska Wiosna, zostały w serialu wyraźnie zarysowane. Państwo, do którego przyjeżdża Barry, jest fikcyjne, ale jego problemy są jak najbardziej realne, typowe dla regionu w roku 2014. Abbudin kojarzy się z Arabią Saudyjską i Dubajem jednocześnie.

Podstawowy problem z "Tyrant" nie leży w tematyce, tylko w sposobie jej przedstawiania. Zarówno w warstwie polityczno-kulturowej, jak i melodramatyczno-rodzinnej ten serial bywa łopatologiczny. Nie ma tu zbyt wielu subtelności - jeśli ktoś jest zły, to jest zły, bez odcieni szarości. W "Homeland" można mieć wątpliwości co do motywacji najważniejszych graczy, tu takich nie ma zbyt wiele. W pilocie to spory problem, ale serial może się jeszcze rozwinąć, co zresztą zaczyna się już dziać pod koniec pierwszego odcinka. Nieco zaskakujący flashback pokazuje, że twórcy serialu - wśród nich Howard Gordon ("Homeland", "24 godziny") - mają pomysły na ciekawe rozwijanie niektórych postaci. Które jednak w tym momencie wydają się dość płytkie.

Szkoda, że Adam Rayner wcielający się w postać Barry'ego, jest przez większą część odcinka dziwnie nieobecny. Ten bohater ma przed sobą duże wyzwanie, jeśli jego przyszłość jako jednego z liderów politycznych kraju ma być wiarygodna. Ogólnie jednak, jego historia ma duży potencjał, mimo pewnej sztampowości i miałkości scenariusza pierwszego odcinka. Niestety, większość problemów społeczno-politycznych jest pokazana w mało subtelny sposób i całość jest wyjątkowo toporna. Podobnie jest z konfliktami rodzinnymi, a na dodatek dialogi w nowym serialu FX są jak dzisiejsze standardy napisane całkowicie bez polotu.

Mimo tych oczywistych wad, "Tyrant" ma potencjał. Jako skrzyżowanie "Homeland" z "Ojcem Chrzestnym" jest w tej chwili wyjątkową pozycją. Jeśli tylko okaże się, że jego twórcy mają dobre pomysły na całą historię, i jeśli będą ją potrafili nieco subtelniej opowiadać, to może być hit. Może nie na miarę "Homeland", co jednak nie zmienia faktu, że pierwszą godzinę z "Tyrant" trudno uznać za straconą.

REKLAMA