Z cyklu niespełnione nadzieje: "The Borgias"

"The Borgias" (Fot. Showtime)

"The Borgias" (Fot. Showtime)

Pierwszy sezon "The Borgias" broni się fenomenalnie uchwyconym klimatem epoki. Ale to nie wystarcza, by w tym momencie postawić ten serial na tej samej półce co "Rzym".

Seriale historyczne można z grubsza podzielić na dwie kategorie. Te, które mają być poważnym, realistycznym spojrzeniem na konkretną epokę, jak "Rzym", i te, które mają dostarczać przede wszystkim rozrywki - jak "Spartakus: Krew i Piach". "The Borgias", nowy serial Showtime mieści się bez wątpienia w tej pierwszej kategorii. Ale czy można już mówić o sukcesie na miarę obsypanych nagrodami poprzedników?

"The Borgias" przenosi nas w czas i miejsce, które kojarzy się co najwyżej z renesansowymi dziełami sztuki - do Włoch pod koniec XV wieku. Pięknie pokazane miasto Rzym jest areną brutalnej walki o władze w łonie ówczesnego Kościoła, a tę walkę obserwujemy przede wszystkim z perspektywy papieża Aleksandra VI, wcześniej kardynała Rodrigo Borgia.

On sam i jego rodzina stali się symbolami degeneracji instytucji Kościoła - i tę degeneracje widać już bardzo dobitnie w pierwszym odcinku. Serial reklamowany jest zresztą hasłem "Pierwsza mafijna rodzina".

Serial taki jak "The Borgias" można oglądać na dwóch płaszczyznach: jako prezentację świata, jakiejś epoki historycznej i jako opowieść o losach konkretnych ludzi.

Na tej pierwszej płaszczyźnie "The Borgias" nie zawodzi. Renesansowe Włochy są wręcz fenomenalnie przedstawione - jako epoka omijana nieco przez twórców filmowych w "The Borgias" Rzym zyskuje nowy, niezwykły blask. Scenografia, zdjęcia, efekty specjalne, muzyka, kostiumy tworzą unikalny "look" serialu.

Oczywiście historyczni puryści mogą narzekać - i narzekają - na bardzo wiele spraw, ale tak siłą rzeczy jest w każdym projekcie filmowym czy telewizyjnym. Najważniejsze jest to, że każdy, kto obejrzy choć jeden odcinek "The Borgias", zostanie natychmiast przeniesiony w świat, który wydaje się autentyczny i niezapomniany.

Problem "The Borgias" zaczyna się, gdy zaczniemy śledzić opowiadaną w nim historię i spróbujemy przyjrzeć się tworzącym ją bohaterom. Jeremy Irons jako Aleksander VI wypada zaskakująco płasko. Najważniejsza rola serialu, nieznośnie "nakręcana" we wszystkich materiałach promocyjnych nie przyciąga uwagi w wystarczającym stopniu. Jego serialowi adwersarze są znacznie bardziej fascynujący.

Ale cała rodzina Borgiów - nie tylko jej głowa - wypadają bardzo słabo. Nie koniec na tym. Fascynująca jako całość historia rozbita jest na bardzo nierówne fragmenty. Niektóre odcinki pełne są nieznośnych dłużyzn i beznamiętnych dialogów, wygłaszanych - co trzeba przyznać - we wspaniałych dekoracjach.

Jako całość, pierwszy sezon "The Borgias" broni się fenomenalnie uchwyconym klimatem epoki. Ale to nie wystarcza, by w tym momencie postawić ten serial na tej samej półce co "Rzym". Być może drugi sezon, który  zamówiła stacja Showtime, zmieni ten stan rzeczy.

  • Marta

    Hm, to brzmi średnio zachęcająco.

  • Andrzej Mandel

    Nie zachęcasz do oglądania, ale chyba poświęcę parę godzin na zobaczenie czy masz rację. Nie chce mi się wierzyć w "płaskiego" Ironsa, ale z drugiej strony taki właśnie był jako Patrycjusz w "Kolorze Magii".

  • V.

    Też uważam ten tekst za raczej zniechęcający, ale i tak chce "Borgiów" zobaczyć ;)

  • minia

    Eee, to jest shit. Wlecze się jak flaki z olejem, a dekoracje ładne to i w "Quo vadis" były...

  • "Rzym" wcale taki super nie jest.

    Kończę właśnie drugi sezon, który jest znacznie gorszy i bardziej efekciarski od pierwszego. Póki fabuła związana była z historią Cezara i osadzona w krótkim przedziale czasu, trzymało się to kupy. W drugim sezonie strasznie wszystko pocięci, próbując wcisnąć do jednego 5 sezonów, skitkiem czego wyszło trochę efekciarskie i uwspółcześnione widowisko, gdzie zblazowane panny z wyższych sfer jarają trawkę, a wszyscy pieprzą się gdzie popadnie.