"Halt and Catch Fire" (1x10): Szukając lepszej wersji

"Halt and Catch Fire" (Fot. AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. AMC)

AMC cały czas poszukuje nowego hitu na miarę "Mad Men". Czy udało się to z "Halt and Catch Fire", serialem o narodzinach współczesnej rewolucji informacyjnej? Po pierwszym i najpewniej ostatnim sezonie tego serialu łatwo jest udzielić odpowiedzi na to pytanie. Spoilery.

Zapowiadało się naprawdę nieźle. Dallas z początku lat 80. nie kojarzy się powszechnie z narodzinami współczesnych komputerów osobistych, ale firmy z tzw. Silicon Prairie odegrały w tych przemianach duży udział. Unikalne miejsce i nietypowa tematyka mogły zapowiadać, że to będzie wyjątkowy serial. Tak się jednak nie stało. Po 10 odcinkach łatwo stwierdzić, że coś poszło nie tak. I świadczą o tym nie tylko fatalne wyniki oglądalności.

W pewnym sensie główna historia w tym serialu to metafora sytuacji AMC. W tym zresztą tkwi główna pułapka, w którą wpadli jego twórcy. Oto do średniej wielkości firma komputerowej z Dallas, Cardiff Electic, przychodzi niejaki Joe McMillan (Lee Pace). Joe pracował wcześniej dla IBM, korporacji dominującej wtedy na rynku. W wyniku działań głównego bohatera, który w tym serialu pełni rolę Dona Drapera (przynajmniej na początku), Cardriff Electric wchodzi na rynek komputerów osobistych. Joe słusznie przewiduje, że to właśnie będzie najważniejsze pole rewolucji dla całej branży. Ale nie wystarczy mu coś zwykłego, on chce stworzyć produkt rzeczywiście rewolucyjny, który będzie czymś znacznie więcej niż tylko klonem komputerów IBM.

Takie w skrócie jest założenie całego serialu, który miał pokazywać gorączkę komputerowej rewolucji. Stylizacja "na Mad Men" nie ogranicza się do głównego bohatera, który kreuje się na wizjonera, ale ma dość tajemniczą i ponurą przeszłość - jak Don. Zajmuje się tylko sprzedawaniem pewnych wizji - też jak Don. Joe tworzy w firmie zespół, w którym główną rolę odgrywa zajmująca się oprogramowaniem Cameron (Mackenzie Davis) i specjalista od sprzętu Gordon Clark. Na swojej drodze muszą oczywiście pokonać liczne trudności - od walki z mentalnością w Cardiff Electric po kłopoty związane z próbą konkurowania z IBM. To wszystko sprawia, że coś tak trywialnego jak wprowadzenie nowego produktu na rynek jest heroiczną walką z przeciwnościami losu, która kosztuje firmę bardzo dużo.

Pierwszy sezon kończy się połowicznym sukcesem. Cardiff wprowadza na rynek własny komputer (na dodatek przenośny), ale nie jest on niczym wyjątkowym. W imię szybkości Joe poświęcił unikalny system operacyjny, który stworzyła Cameron. Tak samo jest z serialem jako takim. "Halt and Catch Fire" miało być wyjątkowe, a okazało się tylko kopią "Mad Men" w innym opakowaniu. Podobnie jak fikcyjny komputer, serial zbiera przeciętne recenzje i nie budzi większych emocji.

Częściowo dzieje się tak ze względu na postacie. Joe zamiast napędzać serial tylko go spowalnia. Jego mroczna przeszłość okazuje się niezbyt ciekawa. Joe, w przeciwieństwie do Dona, nie ma żadnej charyzmy, nie jest tajemniczy w jakiś szczególnie interesujący sposób. Nawet jego relacja z Cameron jest banalna. Co więcej zabrakło też pomysłu, jak wykorzystać na potrzeby serialu niezdefiniowaną tożsamość seksualną Joego. Relacje Joego z mężczyznami zostały dodane bez żadnego pomysłu i szybko zostawione, bez praktycznie żadnych konsekwencji.

To zresztą jedna z bardziej typowych cech całego serialu: wątki, fakty i wydarzenia pojawiają się i znikają, bez żadnego sensu, a najważniejsze - bez wpływu na serial. Sztampowość postaci - "buntowniczka" Cameron, odkrywający pewność siebie w trakcie pracy nad komputerem Gordon czy sam Joe - to jedna z głównych wad serialu. Tylko żona Gordona (urocza Kerry Bishé) i dyrektor firmy, John Bosworth (Toby Huss) to naprawdę dobrze zagrane i przemyślane postacie. Donna Clark ratuje swoim urokiem i charyzmą cały serial, co jest bardzo paradoksalne.

Finał sezonu stanowi przynajmniej zakończenie głównych wątków. "Gigant" - komputer stworzony przez Cardiff Electric trafia do sprzedaży, Gordon zostaje szefem całej firmy, Cameron zakłada własny startup (i to internetowy, trafnie przewidując kolejną rewolucję) a Joe... odchodzi w siną dal, i to całkiem dosłownie. Biorąc pod uwagę, że Gordon stracił w swojej firmie wszystkich kreatywnych ludzi, jego pytanie "Co dalej?", które pada na końcu odcinka jest bardzo aktualne, dobrze też podsumowuje problemy serialu. Nie wiadomo co dalej, i szczerze mówiąc widzów mało to obchodzi.

"Halt and Catch Fire" zupełnie niepotrzebnie rozmyło swój potencjał w wątkach obyczajowo-osobistych, zamiast skupić się na tym, co miało być najważniejsze - komputerowej rewolucji i ambicjach ludzi, którzy ją tworzyli. Dopiero w ostatnich kilku odcinkach, gdy powrócił nacisk na te właśnie elementy, serial wrócił do życia. I był naprawdę dobry. Odcinek z targami COMDEX pokazuje, jak wielki zmarnowany potencjał tkwił w tym projekcie. Mnóstwo smaczków technologicznych, dbałość o szczegóły, a przede wszystkim energia, która niespodziewanie powraca do tego serialu, i tak zapewne poszła na marne. AMC przy tak fatalnych wynikach oglądalności zapewne nie zdecyduje się na drugi sezon

AMC próbowało stworzyć klona "Mad Men". Podobnie jak fikcyjny komputer, ten produkt niczym specjalnym się nie wyróżnia. A niestety na tym rynku bycie przeciętnym nie zawsze wystarcza.