"The Knick" (1x01): Witajcie w cyrku Clive'a Owena

"The Knick" (Fot. Cinemax)

"The Knick" (Fot. Cinemax)

Koniec z narzekaniem, że tego lata nie ma czego oglądać. Cinemax ma dla nas mocny, realistyczny serial o rewolucji w chirurgii, w którym Clive Owen gra genialnego lekarza z początków XX wieku, a na stołku reżysera zasiada Steven Soderbergh. Tak, proszę państwa, wygląda hit.

Mamy rok 2014, cesarskie cięcie to rutynowa operacja, którą przeprowadza się często na życzenie - bo pani w ciąży ma czas rodzić tylko we wtorek o 9. rano i jest gotowa za to zapłacić. A jeszcze na początku XX wieku było zupełnie inaczej: przerażona kobieta krzyczała "ratujcie dziecko, ratujcie dziecko!", a potem otwierali jej brzuch i zaczynał się wyścig z czasem. Clive Owen uwijał się jak w ukropie, krew sikała wszędzie, asystenci pompowali, ale za wolno, matka umierała, dziecko umierało, lekarze zniechęceni tym, że znów nie wyszło, strzelali sobie w łeb... No po prostu dramat. A na to wszystko patrzyła łaknąca wiedzy publiczność. Barbarzyństwo? Nie! Rewolucja.

Pierwsze sceny "The Knick" robią piorunujące wrażenie, bo czytanie, że początki chirurgii były trudne, to jedno, a zobaczenie krwawej łaźni na ekranie to drugie. Nowy serial Cinemax w niczym nie przypomina grzecznych dramatów medycznych, które robi ABC czy FOX. Od pierwszej chwili traktuje widza bezlitośnie, nie szczędząc naturalistycznych widoków. Do tego stopnia, że niektórzy, włącznie z wyżej podpisaną, nie wytrzymują - i odwracają oczy tudzież nerwowo chichoczą podczas projekcji. Nie dlatego, że coś z "The Knick" jest nie tak, bynajmniej! To po prostu są szalenie mocne sceny, tym mocniejsze, że serialowi pacjenci do ostatniej chwili są świadomi, co się dzieje, a lekarze jak gdyby nigdy nic prowadzą przy nich dyskusje o ich nikłych szansach na przeżycie.

Tematyka serialu jest interesująca z definicji, a co z wykonaniem? Doskonałe! Absolutnie doskonałe. Ponieważ miałam przyjemność oglądać "The Knick" w kinie, na wielkim ekranie, najbardziej uderzyła mnie dbałość o szczegóły wizualne. Akcja serialu dzieje się w Nowym Jorku na samym początku XX wieku, kiedy ludzie umierali na najbardziej banalne choroby, a średnia długość życia wynosiła 46 lat. Miasto prezentuje się świetnie, klimatycznie i prawdziwie. Kamera odwiedza zakątki, do których dzisiejszy człowiek w życiu by nie zajrzał, konne karetki pędzą jak szalone po bruku, serialowi chirurdzy używają historycznego sprzętu i wyglądają w swoich kitlach jak wyelegantowani rzeźnicy. Zadbano o barwne tło społeczne, które nie tylko jest, istnieje, da się je wskazać palcem, ale też pełni rolę dodatkowego bohatera.

Ale nawet to miasto, brudne, pełne mrocznych zakątków, podejrzanych barów, burdeli i imigrantów gnieżdżących się w norach, nie jest w stanie wygrać z Clive'em Owenem. Aktorem nie tylko wspaniałym, ale też świetnie dopasowanym do głównej roli w "The Knick". Dr John W. Thackery, w którego wciela się Owen, to genialny szef zespołu chirurgów w szpitalu Knickerbocker, gdzie dokonuje się medyczna rewolucja. Bohater oparty został na postaci historycznej, dr. Williama Halsteda, który z jednej strony dokonywał kolejnych przełomów w chirurgii, a z drugiej - był trudnym człowiekiem, przeżywającym wzloty i upadki związane z uzależnieniem od narkotyków.

I dokładnie taki jest Thackery - arogancki, gburowaty, pewny siebie, nieprzystępny, oschły. Gnany szaloną ambicją, nie traktuje pacjentów jak ludzi, raczej jak króliki doświadczalne, dzięki którym może pchnąć medycynę do przodu. Zresztą nie tylko pacjentów ma w nosie - wrzeszczy na młodą pielęgniarkę, która popełniła błąd, czarnoskóremu lekarzowi bez ogródek mówi, że nie jest tu mile widziany, bo to szpital dla białych. Wygłasza nadęte mowy, cytuje Szekspira, ironizuje podczas operacji. Nie ma w nim nic sympatycznego, nic, za co dałoby się go choć trochę polubić.

A jednak to postać niezwykła, hipnotyzująca i - znów - do bólu prawdziwa. Stresy odreagowuje, jak wielu ówczesnych lekarzy, wstrzykując sobie kokainę w płynie, można go też znaleźć sponiewieranego w chińskim barze z opium, u boku prostytutki. To geniusz, ale taki z krwi i kości. Człowiek, który codziennie upada i się podnosi, i znów jest bogiem. Nie będziemy go lubić, nie będziemy chcieć z nim iść na kolację przy świecach (choć jest przystojny i elegancki - tak, nawet z tym wąsem!), ale nie o to chodzi. Clive Owen już w pierwszym odcinku pokazuje taką charyzmę i tyle chropowatego uroku, że nie da się od niego oderwać oczu.

Cała ekipa ma zresztą coś w sobie - począwszy od zarządzającej szpitalem w imieniu ojca Cornelii Robertson (Juliet Rylance) i poleconego przez nią czarnoskórego dr. Algernona Edwardsa (André Holland), który nie może pojąć, jak jego nowy szef może być aż takim rasistą, poprzez młodziutką pielęgniarkę Lucy (Eve Hewson) i zespół chirurgów, aż po zawadiackiego, bezpardonowo walczącego o swój kawałek tortu kierowcę karetki (Chris Sullivan) i temperamentną zakonnicę (Cara Seymour). Na etapie pilota trudno powiedzieć, jak będą rozwijać się relacje między nimi, nie spodziewałabym się tu jednak dramatów miłosnych rodem z "Chirurgów". A nawet jeśli coś takiego już się zdarzy, to pewnie twórcy postawią na nieszablonowe romanse (dr Edwards pewnie prędzej czy później będzie miał białą dziewczynę, w końcu wśród pracowników szpitala nie ma więcej czarnoskórych osób).

Obok Clive'a Owena największą gwiazdą "The Knick" jest Steven Soderbergh, który przeszedł na emeryturę i tak mu się nudziło, że aż wyreżyserował wszystkie 10 odcinków. W ostatnich latach dużo mówiło się o wybitnych showrunnerach, którzy stają się celebytami rozpoznawalnymi tak samo jak aktorzy. O reżyserach nie mówiło się wcale - nawet kiedy Agnieszka Holland dostała pracę w ekipie "House of Cards", od razu pojawiły się gadające głowy, które nam wyjaśniły, że nie ma czym się ekscytować, bo przecież reżyser w serialu kompletnie nie ma znaczenia. To scenarzysta jest królem, reżyserem może być ktokolwiek, nawet aktor jednocześnie grający główną rolę.

Oczywiście jest w tym dużo prawdy - czy może raczej było. "The Knick" wyraźnie przenosi punkt ciężkości na reżysera. Trudno czepiać się scenariusza napisanego przez Jacka Amiela i Michaela Beglera, ale też widać wyraźnie, że tu rządzi Soderbergh, który wykonuje swoją robotę perfekcyjnie, nie szczędząc charakterystycznych długich ujęć. Aż chciałoby się oglądać tę produkcję zawsze na wielkim ekranie, byle tylko nic nie stracić.

Paradoksalnie, w serialu opowiadającym o fascynujących, bo wcale nie tak zamierzchłych czasach, kiedy chirurgia była jednym wielkim eksperymentem, a pacjenci godzili się na wszystko, ponieważ alternatywę stanowiła śmierć, scenariusz stanowi najsłabsze ogniwo. Jest tylko bardzo dobry, nie wybitny - nie widać tu ani innowacji, ani tej genialnej iskierki, którą mieliśmy w tym roku choćby w "Fargo" czy "Detektywie". I dialogów, i monologów głównego bohatera słucha się nieźle, ale do prawdziwej rewelacji im daleko.

To jednak tylko drobiazg, nie żadna poważna wada. Pilot "The Knick" jest niezwykły - świeży, mocny i odważny, doskonały wizualnie i po mistrzowsku wyreżyserowany. Serwuje historię, jakiej w telewizji jeszcze nie było, i czyni to w szalenie atrakcyjny, choć lekko przerażający sposób. Ma swój styl, ma barwne postacie, pięknie wykonane kostiumy, robiącą wrażenie scenografię i nieźle dopasowaną elektroniczną muzykę Cliffa Martineza. A przede wszystkim ma Clive'a Owena w głównej roli i Stevena Soderbergha za kamerą. Jeśli to nie dowód na to, że złota era telewizji trwa i ma się świetnie, to nie wiem, co nim jest.

Recenzja jest przedpremierowa. "The Knick" startuje w USA dziś wieczorem, a w Polsce jutro, czyli 9 sierpnia o godz. 22:00 w Cinemax. Pierwszy odcinek będzie można obejrzeć za darmo w HBO GO.