"The Killing" (4x06): Nie tylko zło jest banalne

"The Killing" (Fot. AMC)

"The Killing" (Fot. AMC)

Powrót i godne zakończenie "The Killing" - i to na Netfliksie? Wydawało się, że to będzie spełnienie marzeń fanów. Ale jak się okazało, czasami realizacja marzeń może jednak przerodzić się w koszmar. Spoilery z finału serialu!

Ten sezon był niepotrzebny - to najłagodniejsze, co można powiedzieć o ostatnich sześciu odcinkach "The Killing". Sposób, w jaki Veena Sud zakończyła całą opowieść, może jednak u bardziej oddanych fanów budzić o wiele większe emocje. Przychodzi na myśl nawet słowo "profanacja". Ale "The Killing" nigdy nie zdobył tak dużego grona fanatycznych zwolenników, by trzeba było posunąć się aż do takich sformułowań. Nie stał się kultowy. Przez lata cały czas tkwił w tym trudnym do zdefiniowania miejscu między produkcją słabą a wybitną, czasami jedynie ocierając się o wielkość. Jednak jego główni bohaterowie, jak i śledzący ich relacje widzowie zasłużyli przynajmniej na godną końcówkę, reprezentatywną dla tego solidnego, momentami niezwykle wciągającego serialu. Tak się jednak nie stało.

Nie jest wielkim zaskoczeniem, że nowa sprawa - brutalne morderstwo rodziny Stansbury - okazała się wtórna. Zresztą siłą "The Killing" nigdy nie były szczególnie odkrywcze historie kolejnych zbrodni. W pierwszym lepszym policyjnym proceduralu można byłoby znaleźć takie same, a nawet bardziej oryginalne czy lepiej przemyślane. Ten serial wyróżniał się trzema rzeczami: gęstą, mroczną atmosferą, nieźle zarysowanym tłem społeczno-politycznym oraz relacją między dwójką głównych bohaterów. Czwarty sezon zachowuje, przynajmniej częściowo, klimat poprzednich, nawet relacja Holder - Linden jest prawie do samego końca interesująca, ale ogólnie nie ma już takiej siły rażenia jak poprzednie.

Zło opisywane w tym serialu zawsze było banalne w tym sensie, że do mrocznych, obrzydliwych zbrodni byli zdolni zwykli ludzie. Jak James Skinner, kochanek Linden, szanowany policjant i seryjny morderca młodych dziewczyn. To przez lata "The Killing" pokazywało perfekcyjnie. Niestety, w 4. sezonie to podejście przestało działać. Kyle Stansbury (Tyler Ross) jako ofiara i morderca jednocześnie nie budzi większych emocji, jego tragiczna historia jest w pewnym sensie wtórna i nie przyciąga zainteresowania widza. Tak samo jak jego warunki rodzinne, a nawet to, że charyzmatyczna pułkownik Rayne okazuje się na końcu jego matką. To było do przewidzenia. Co gorsza, zastosowano tu manewr znany z poprzednich sezonów, w których to kolejni podejrzani pojawiają się i znikają, przede wszystkim by pokazać coś ważnego lub po prostu dać fabule nowy impuls. Ten zabieg irytował, ale teraz jest już nie do wytrzymania.

Także środowisko Kyle'a - akademia wojskowa dla zepsutych dzieci z bogatych domów - nie jest niczym wyjątkowym. Dzięki Netlfiksowi jej wychowankowie mogą kląć na potęgę, ale nic poza tym. Mroczny świat Seattle, pokazywany w dickensowskim stylu w pierwszych trzech sezonach, zastąpiła intelektualna i koncepcyjna pustka. A szkoda, bo finałowy sezon mógł być swoistą "kropką nad i" także pod tym względem. Główny motyw tematyczny jest aż nadto oczywisty - losy Kyle'a jako dziecka i nastolatka są porównywane z historią Linden i jej matki, z macierzyństwem Linden oraz oczywiście z Holderem jako przyszłym ojcem. Całość jest pokazywana mało subtelnie i podobnie jak inne elementy tego sezonu wypada dość banalnie. Pojawienie się biologicznej matki Linden na ledwie kilka scen nie wywołuje większych emocji, a powinno. Po prostu nie wystarczyło czasu i ochoty na budowanie tej postaci.

Cała nowa sprawa służy tylko jako mało przekonywujący pretekst do pokazania tego, jakie konsekwencje miało to, co zrobiła Linden w ostatnim odcinku 3. sezonu. Jakie to konsekwencje? Ostatecznie żadne. Burmistrz Darren Richmond postanawia, że nawet po przyznaniu się Linden do winy nie spotka ją - ze względów PR-owych - żadna kara. Miasto nie może zderzyć się z prawdą o Skinnerze. To wygodne rozwiązanie, zbyt wygodne i nie pasujące do tonu serialu. Co więcej, Linden i Holder mieli wcześniej na tym tle konflikt, który ostatecznie niemal doprowadził do rozpadu ich silnej relacji. I to były najlepsze sceny sezonu. Jednak ostatecznie nic się nie stało. Holder nie zdradził, prawda nie wyszła na jaw. Linden odjeżdża w siną dal... i to przy słonecznej pogodzie. Mroczne ujęcia Seattle i okolic, które towarzyszyły nam przez ostatnie lata, ustępują miejscu słońcu.

Gdyby taki był koniec, fani "The Killing" mogliby mówić co najwyżej o rozczarowaniu. Klimat może i się zmienił na koniec, może i wszystkie wątki zostały zbyt gładko wyjaśnione, ale nawet tak nihilistyczny serial ma prawo mieć happy end, prawda? Skoro nawet ultranihilistyczny "True Detective" mógł mieć coś w rodzaju pozytywnego zakończenia, to dlaczego nie "The Killing"? Linden wspomina co prawda - dużo wcześniej, przy okazji kolejnego mozolnego przeszukania jakiejś toalety przy stacji benzynowej - że "jesteśmy w piekle". Tego zdania nie powstydziłby się sam Rust Cohle. Ale zakończenie tego typu w pewnym sensie byłoby jeszcze do przyjęcia.

To, co następuje dalej, jest jednak czymś dużo, dużo gorszym. Linden po kilku latach wraca do Seattle, by spotkać się z Holderem, który odszedł z policji i pomaga uzależnionym. Wygłasza kilka banalnych zdań o tym, że najlepiej było im, gdy jeździli razem samochodem i rozwiązywali sprawy kryminalne. A później... twórcy serialu dają do zrozumienia, że Linden pozostanie w Seattle, by budować wspólną przyszłość razem z Holderem. Jak całkiem normalna para. To nie tylko nie pasuje do mrocznej atmosfery serialu, to także kompletnie nie pasuje do postaci, które przez lata były budowane. Takiego końca nie spodziewał się chyba nikt. W ten sposób "The Killing" niszczy jedną sceną to, co zostało tak pracowicie zbudowane.

Z przykrością trzeba stwierdzić, że byłoby dla serialu i opinii o nim dużo lepiej, gdyby czwarty sezon jednak nie powstał. Koniec trzeciego przynajmniej pasuje do klimatu. I nic już tego nie zmieni. To nie "Łowca androidów", w którym można jeszcze pokazać alternatywne zakończenie przy okazji "wersji reżyserskiej". Jak się po raz kolejny okazuje, gdy nie ma się nic do powiedzenia, to zdecydowanie lepiej milczeć.