"Wilfred" (4x09-10): Każdy może być szczęśliwy

"Wilfred" (Fot. FX)

"Wilfred" (Fot. FX)

To już koniec, tajemnica pochodzenia Wilfreda została rozwiązana i zapewne nie wszyscy są zachwyceni z powodu tego, co zaserwowali nam twórcy. Ja też mam pewne wątpliwości. Uwaga na ogromne spoilery!

Dobra, bądźmy szczerzy, "Wilfred" był jednym z najbardziej specyficznych seriali w amerykańskiej telewizji i mogliśmy się spodziewać, że jego zakończenie nie zadowoli wszystkich. To po prostu nie było możliwe. Ja sam nie jestem szczególnie zaskoczony, ciężko było wytłumaczyć to wszystko inaczej, nieco bardziej przeszkadza mi forma, w jakiej rozwiązanie zostało nam zaprezentowane.

Przede wszystkim, należy podkreślić, że 4. sezon "Wilfreda" był prawdopodobnie najgorszym ze wszystkich. Twórcom wyraźnie nie pomogła decyzja o tym, że jest to seria finałowa i zaledwie 10-odcinkowa, w końcu w wywiadach powtarzali oni, że chcieliby zamknąć historię w pięciu sezonach. Plany trzeba było zrewidować i to niestety nieco czuć, nagłe przyspieszenie fabuły nie wyszło nikomu na dobre. Zostawmy jednak cały sezon za sobą i skupmy się tylko na tym, co przynoszą ostatnie dwa odcinki. A dzieje się całkiem sporo.

Przede wszystkim Wilfred umiera. Mogliśmy się tego spodziewać, ostrzeżono nas tydzień wcześniej, ale gdy do tego doszło, chyba większość z nas była w szoku. Ale przecież to nie mógł być koniec, to byłoby niemożliwe… A jednak, wszystko na to wskazuje. Ryan zostaje zupełnie sam, bo chwilę później rzuca go Jenna, która dopiero co wyznała mu miłość. Od dawna nie lubiłem tej fałszywej blondynki i ostry monolog Ryana na jej temat to najmniejszy wymiar kary, jaką powinna otrzymać. To między innymi przez nią na początku finałowego odcinka widzimy kopię sceny z pilota – Ryan znowu pisze list pożegnalny, przygotowuje specjalny koktajl i zza szyby żegna się ze swoją sąsiadką. Wtedy w drzwiach pojawia się jego matka i… Wreszcie zaczynamy dostawać odpowiedzi.

No i właśnie tutaj pojawia się problem. Nie przeszkadza mi, że Wilfred okazał się zwykłym wytworem wyobraźni Ryana. Gorzej, że jego pochodzenie wyjaśniono w dwóch monologach – najpierw matka, a później prawdziwy ojciec Ryana wyłożyli nam jak na tacy, skąd w jego głowie wziął się Wilfred. Nie pozostawiono żadnego miejsca na domysły i snucie teorii. Do tego jeszcze zlepek scen, które udowodniły, że tytułowy bohater to tylko zwykły pies, cała reszta to wyobraźnia Ryana.

Całe szczęście, przy rozwiązywaniu zagadki nie zapomniano o tym, aby widza czasem rozśmieszyć. Pierwsze skrzypce gra w tym przypadku Wilfred, od zawsze największa gwiazda tego serialu. Bardzo pozytywnie wypada także zakończenie – okazuje się, że każdy, nawet największy wariat, ma prawo i może być szczęśliwy. Nawet jeśli największe szczęście przynosi mu gadający pies będący jedynie wytworem jego wyobraźni. Wilfredzie, będę tęsknił…

…mimo, że byłeś strasznie brzydkim psem.