Chętnie zobaczę, jak skończy się "Żona idealna". Rozmawiamy z Joshem Charlesem, serialowym Willem

"Żona idealna" (Zdjęcia: CBS)

"Żona idealna" (Zdjęcia: CBS)

[SPOILER ALERT] W poniedziałek o godz. 22:00 Universal Channel wyemituje odcinek "Dramatics, Your Honor" ("Dramaturgia zdarzeń"), w którym "Żona idealna" pożegnała Willa Gardnera. Z tej okazji rozmawialiśmy z Joshem Charlesem, który opowiada, czemu postanowił odejść z serialu, jakie ma plany na przyszłość i czy jest zadowolony z tego, jak potoczyła się jego kariera.

Jak się dowiedziałeś, co się stanie z Willem? I jaka była Twoja reakcja, kiedy już się dowiedziałeś?

Jak się dowiedziałem? To było w trakcie 4. sezonu. Kończył mi się kontrakt i zdecydowałem się nie wracać po 5. sezonie. Odbyłem rozmowę z Robertem Kingiem, jednym z twórców serialu, o tym, co zrobimy. Chciałem odejść w taki sposób, żeby serial na tym nie stracił. Powracał pomysł, abym zrobił więcej odcinków, już po tym jak kontrakt mi się skończył. Wszystko po to, by zapewnić bardziej właściwe pożegnanie z moim bohaterem. O tym, że odejdę, zdecydowałem w trakcie 4. sezonu, dzięki czemu twórcy mieli więcej możliwości. Wybrali bardziej dramatyczną, bardziej szokującą opcję i ja zgodziłem się z ich decyzją. To nadało serialowi nowy kierunek. Doceniam to, że twórcy wybrali trudniejszą drogę.

A czemu w ogóle zdecydowałeś, że chcesz odejść z serialu?

To była bardzo osobista decyzja. Robienie serialu dla stacji ogólnodostępnej jest niezwykłym doświadczeniem i jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy w mojej karierze. Nie była to więc prosta decyzja, którą mogłem podjąć bez głębszego zastanowienia. Ale też to było cztery i pół roku. Przez całe cztery lata pracowałem po ponad dziewięć miesięcy w roku, codziennie od rana do wieczora grając tę samą rolę. Zacząłem mieć wrażenie, że już nauczyłem się prawie wszystkiego, czego chciałem się nauczyć, i że jestem gotowy na nowe doświadczenia.

To nie jest też tak, że poprosiłem o wypisanie mnie. Nienawidzę, kiedy ludzie tak piszą, bo to po prostu błędna interpretacja. Mój kontrakt się kończył, a ja zdecydowałem się go nie odnawiać. Zostałem i tak znacznie dłużej, niż kontrakt mi nakazywał. Zrobiłem to, bo kocham ten serial i chciałem umożliwić właściwe pożegnanie z bohaterem.

Czy to prawda, że Julianna Margulies osobiście przekonała Cię, abyś został?

Tak, to prawda. Rola Jules w przekonaniu mnie do pozostania dłużej była kluczowa. Rozmawialiśmy pewnego wieczoru i ona żartowała, że może mam dziecko w drodze czy coś w tym stylu. Mnie nigdy nie chodziło o pieniądze, to rzeczywiście ona sprawiła, że zostałem trochę dłużej. Cały czas miałem wrażenie, że ona rozumiała i szanowała mój punkt widzenia, a jednocześnie znała to doświadczenie z autopsji, wiedziała, jak to jest grać od lat w tym samym serialu i być gotowym na kolejne rzeczy. Nigdy nie chodziło o pieniądze, chciałbym to podkreślić.

Myślisz, że byłbyś dobrym prawnikiem w prawdziwym życiu?

O Boże, nie.

Czemu?

Nie sądzę, żebym mógł to robić. Za dużo słów.

Co zamierzasz teraz robić? Jaki jest plan?

Dalej będę aktorem i będę pracować w filmach, teatrze, a także telewizji. Sprawdzam różne projekty, zamierzam też reżyserować. Jest mnóstwo różnych rzeczy, które zamierzam robić.

Możesz zdradzić coś więcej?

W tej chwili nie za bardzo. Jest kilka różnych rzeczy, potem będą kolejne. Jestem szczęściarzem, bo mogę przyglądać się teraz różnym projektom. Kiedy znajdę właściwą rolę dla siebie, na pewno będę od razu to wiedział. Nieważne, czy to telewizja, czy film, czy sztuka teatralna. Chodzi tylko o to, żeby to był dobry materiał i właściwa rola dla mnie. Chciałbym też mieć czas na inne rzeczy, na podróże, dla rodziny, na pracę nad małymi projektami. Praca w serialu stacji ogólnodostępnej sprawiała, że znalezienie czasu na to wszystko było trudne.

Jaka była reakcja fanów na Twoje odejście?

Przytłaczająca większość reakcji ludzi była bardzo pozytywna. Dla mnie to też był czas swego rodzaju żałoby, bo nawet jeśli odejście było moją decyzją, to to i tak było bardzo trudne. W końcu grałem tę postać przez długi czas, a na dodatek opuszczałem moich przyjaciół, rodzinę, z którą się zżyłem. Oczywiście ja moją żałobę przeżywałem trochę wcześniej, bo wiedziałem od dawna, co się dzieje. A teraz przeżyłem to ponownie, razem z fanami. Ludzie byli bardzo mili, mówili, że czują się, jakby stracili kogoś bliskiego. To był świetnie napisany bohater, ale mam nadzieję, że ja jako aktor też przyczyniłem się do tego, iż ludzie przywiązali się do niego. Mnie też trudno było pożegnać się z nim, ale już czas zagrać kolejne postacie.

Ile osób wiedziało, co się stanie z Willem? Jak trudno było utrzymać to w tajemnicy? Powiedziałeś o tym w ogóle komukolwiek?

Tak, powiedziałem, i to wielu osobom. Nie powinienem był tego robić, ale też wiedziałem, że będą oni w stanie dochować tajemnicy. Na początku, kiedy Robert King zdecydował, jaki koniec dla mnie planują, niewiele osób o tym wiedziało, nawet w ekipie serialu, ale potem ten krąg coraz bardziej się powiększał. Staraliśmy się jednak, aby wiedziało o tym jak najmniej osób, i to chyba pomogło. W dzisiejszych czasach naprawdę trudno jest cokolwiek zachować w tajemnicy, więc myślę, że i CBS, i producenci, i ja, i ekipa tworząca serial odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

Jak się zmieniłeś jako aktor przez te cztery i pół roku?

Dobre pytanie. Właściwie nie wiem, jak się zmieniłem jako aktor, myślę, że cały czas się zmieniam. Taki już urok tego zawodu, że ciągle dorastasz i starasz się być lepszy i lepszy. Na pewno rygory telewizyjnej ramówki zmusiły mnie do szybkiego uczenia się tekstu. Czasem jest tak, że jednego dnia grasz w jednym odcinku, dostajesz scenariusz odcinka, który robicie następnego dnia, kończysz późno wieczorem, idziesz do domu i uczysz się kolejnego odcinka.

Mówiąc zupełnie szczerze, uważam, że nie jest to najlepszy sposób na to, żeby aktorzy wznosili się na wyżyny swoich umiejętności. Chciałoby się spędzić trochę czasu z tekstem, przeczytać to, przespać się z tym, pomyśleć o tym, jak zagrać konkretne sceny. To proces i czasami ten proces zostaje przyspieszony, dzięki czemu też się nauczyłem czegoś jako aktor. Pracowałem wcześniej w telewizji, ale nigdy tak długo. Dzięki temu, że wiem już, jak to jest, odczuwam więcej empatii, kiedy oglądam kogoś innego w telewizji. Praca według telewizyjnego grafiku nie jest dla maminsynków. Zwykle dostajesz scenariusz późno i musisz wstać i robić swoje. Dzięki temu nauczyłem się bardzo szybko przygotowywać do pracy.

A jak ma się do tego reżyserowanie? Pomogło Ci to?

Tak, to, że zabrałem się za reżyserkę, prawdopodobnie najbardziej mi pomogło jako aktorowi. Zawsze chciałem to zrobić, nawet jeśli to okropny banał - proszę, napisz, że to przyznałem. Dzięki temu, że zasiadłem na stołku reżysera, nauczyłem się sporo o aktorstwie, bo reżyserowałem i sceny ze sobą, i z moimi kolegami. Dopiero kiedy jesteś za kamerę, potrafisz rozpoznać, jaki rodzaj aktorstwa lubisz. Jesteś w stanie ocenić to i zobaczyć z innej perspektywy. A najlepiej to widzisz, kiedy jesteś w montażowni. Słuchanie, wchodzenie w interakcje, uczenie się od innych - to pomaga aktorowi. Patrzenie na to od drugiej strony sprawiło, że zechciałem rozwijać się aktorsko, zobaczyłem, do czego mogę aspirować.

Jak wyjaśnić tak fantastyczny sukces "Żony idealnej"? Masz jakąś oryginalną odpowiedź?

Myślę, że to po prostu dobrze napisany serial. Świetni producenci, świetni aktorzy. Interesujące wątki, postacie, które podobają się widzom. To po prostu kombinacja tego wszystkiego. Do postaci Alicii Florrick łatwo się przywiązać, myślę, że ludzie po prostu chcą oglądać tę jej wspaniałą podróż, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. To po prostu dobrze zrobiona telewizja, dostosowana do aktualnych wydarzeń. Scenarzyści wykonują kawał dobrej roboty, dbając o to, aby wątki były interesujące i pouczające, ale nie moralizatorskie czy też pretensjonalne. Serial jest dramatyczny, ale bywa też satyrą. Świetnie łączy różne tony, nigdy przy tym nie zapominając, że istnieje przede wszystkim dla celów rozrywkowych. Dlatego właśnie nie jest pretensjonalny. Scenarzyści są niesamowici i to od tego wszystko się zaczęło.

Alicia Florrick jest teraz jedną z najsilniejszych kobiecych osobowości w telewizji. Co w niej podziwiasz najbardziej?

W Alicii można podziwiać wiele rzeczy. Jej siłę, jej godność. Jej kręgosłup moralny, który był ciągle testowany w kolejnych sezonach serialu. Jest w niej dobro, cały czas starała się postępować właściwie, być dobrym rodzicem i dobrą żoną. Ale ona jest też bardzo skomplikowaną osobą i właśnie to czynią ją tak interesującą. I ja ją lubię też za jej wady, których ma całkiem sporo. To wspaniała postać grana przez wspaniałą aktorkę i tę kombinację ogląda się fantastycznie. Julianna potrafi bardzo dużo przekazać, nic nie mówiąc. Zawsze jej powtarzam, że byłaby świetna w kinie niemym, bo potrafi wiele przekazać samym wyglądem, wyrazem oczu. Zazdroszczę jej, ona naprawdę to umie zrobić i to bez większego wysiłku. Świetnie się to ogląda. Lubię też jej komediową wersję, Alicia bywa bardzo zabawna.

Wszyscy skupiają się na tym, jak odejście Willa wpłynie na Alicię ze względu na ich związek. Ale ten serial to też świetna relacja Willa i Diane. Co sprawiło, że ta relacja była tak silna i jak ona sobie z tym poradzi?

Poradzi sobie. To bardzo silna kobieta, która dostosuje się do nowych okoliczności i da sobie radę. A co do pierwszej części pytania - tu znów wszystko zaczyna się od scenariusza. Ale też pamiętam, jak Christine i ja zaczynaliśmy kręcić pilota i robiliśmy próby. Bardzo szybko zaczęliśmy świetnie się rozumieć i doprowadzać się nawzajem do śmiechu. Nie znałem wtedy nikogo z ekipy serialu, poza Julianną, która mnie praktycznie sprowadziła do "Żony idealnej", bo pomyślała, że nadawałbym się do tej roli. Była moją przyjaciółką i zawsze nią będzie.

Ale Christine nie znałem wtedy wcale. Podziwiałem jej dorobek. A jednak bardzo szybko znaliśmy się już jak łyse konie i w serialu też nasza relacja stała się ważna. Będę za nią tęsknił, to niezwykła osoba. Przeżyliśmy razem mnóstwo świetnych rozmów, ona jest jedną z tych osób, które po prostu kochasz od pierwszej chwili. Ona w jednym momencie potrafi mówić o futbolu, w drugim o teatrze, nie da się jej nie kochać od razu. A przy tym jest taką profesjonalistką. Nigdy nie narzeka, zawsze jest po twojej stronie. Ma wszystko, czego oczekujesz od przyjaciela. Tęsknię za pracą z nią.

To trochę rozwlekła odpowiedź, ale masz nad czym popracować. Zwłaszcza jak trochę to pokroisz i sprawisz, że będę nieco lepiej brzmiał. Tu jest wcześnie, tu jest ciągle wcześnie. To dopiero moja pierwsza herbata [rzeczywiście w Nowym Jorku było wtedy wcześnie, a wypowiedź wymagała odrobiny przeredagowania - MW].

Jakie według Ciebie były najlepsze i najgorsze momenty Willa Gardnera w ciągu całego serialu?

O, to naprawdę dobre pytanie. Ale wprawiłaś mnie w zakłopotanie, bo... Zdradzę Ci mały sekret o mnie, Joshu Charlesie. Ja mam straszną pamięć. Nie pamięć krótkoterminową oczywiście, bo potrafię nauczyć się bardzo szybko dialogów. Ale aby odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym pamiętać każdy odcinek. A ja nie pamiętam wszystkiego, co robił Will. Ale pamiętam, że najgorsze momenty dla niego przychodziły wtedy, kiedy naprawdę chciał coś wygrać dla swoich klientów i naprawdę się tym przejmował. To go zmuszało do chodzenia po linie, w sensie etycznym, moralnym. Nie sądzę, aby był złym człowiekiem, ale robił rzeczy, które budziły wątpliwości.

A co do najlepszych momentów, to po prostu nie wiem. To nie jest odpowiedź na Twoje pytanie, ale lubię w "Żonie idealnej" to, jak podchodzi do takich skrajności, jak te, o które pytasz. Co jest najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił, a co jest najlepszą? Lubię to, że często rzeczy, o których widzowie rozmawiają i nad którymi debatują, to ani jedno, ani drugie. Że nie ma takich skrajności. Niektóre zachowania są z konieczności nieco wątpliwe moralnie. To sprawia, że nie wiesz, jak właściwie powinieneś postrzegać tych ludzi i czy możesz ich tak po prostu lubić.

Podziwiam za to scenarzystów i starałem się też pokazywać tę dwuznaczność w mojej grze. Czasem tych ludzi lubisz, czasem nie. I dobrze, w końcu to nie konkurs popularności. Na litość boską, oni są prawnikami.

Co by się działo z Willem, gdyby nie spotkał go taki koniec?

Nie wiem. Pewnie dalej byłby prawnikiem w mieście Chicago w stanie Illinois.

Jak dużo wniosłeś do postaci Willa? Miałeś jakiś wpływ na scenarzystów?

Nie wiem, jak wiele wniosłem do postaci. Siebie wniosłem. Moje człowieczeństwo. Cokolwiek by to nie znaczyło. Moje doświadczenia życiowe. To bardziej pytanie do scenarzystów, ile wniosłem do postaci jako aktor. Na pewno oni obserwowali mnie na planie. I mam nadzieję, że czasem widzieli coś, co sprawiało, że zmieniali swój pierwotny koncept. Oni zresztą sami mówili, że kiedy pisali odcinek pilotowy, to widzieli bohaterów trochę inaczej. Aktorzy sprawili, że zostały wprowadzone pewne zmiany.

Wydaje mi się, że na początku postać Christine Baranski miała być typową "królową wiedźmą" [w oryginale queen bitch - MW]. Ale kiedy oni ją zobaczyli i zdali sobie sprawę z tego, ile wnosi, zdali sobie sprawę, że pierwotny koncept był mniej interesujący, niż to, jaka jest Christine. Myślę, że z moją postacią mogło być podobnie, przynajmniej w jakiejś części.

Wielu widzów miało nadzieję na happy end dla Willa i Alicii. To już niemożliwe, więc co teraz? Co chciałbyś zobaczyć na końcu "Żony idealnej"?

Nie mam pojęcia. Mam wiele szacunku dla Roberta i Michelle Kingów oraz ich scenarzystów. Mam nadzieję, że serial będzie kontynuowany tak długo, jak będą chcieli i że zakończy się też po ich myśli. Wierzę, że podejmą właściwe decyzje i sam chętnie to zobaczę.

Czy myślałeś o fanach, kiedy odchodziłeś z serialu? Wszystkim dziewczynom wokół mnie było naprawdę strasznie smutno...

Dużo myślę o fanach. Piękno serwisów społecznościowych polega na tym, że mogę dotrzeć do fanów, choć oczywiście nie wszystkich. Na pewno miło jest mieć fanów, ludzi, którzy się o ciebie martwią. Kiedy spędzasz cztery i pół roku, robiąc jeden serial, jesteś trochę schowany pod kloszem, nie zawsze wiesz, co ludzie o tobie myślą. My, aktorzy, mamy tendencje do wątpienia w siebie, a spędzanie dziewięciu miesięcy rocznie w pracy nad jednym serialem sprawia, że jesteśmy trochę odosobnieni, nie wiemy, co ludzie o nas sądzą. Wzruszyłem się, widząc, że to, co się stało z moim bohaterem, dotknęło tak wiele osób, bo ja, Josh, aktor, w tym czasie sam przechodziłem swego rodzaju żałobę, żegnając się i z postacią, i z ekipą.

Staram się być wrażliwy, bo wiem, że fani przywiązują się do serialowych postaci. Naprawdę, to dużo dla mnie znaczy. I to też znaczy, że świetnie napisano i tę postać, i cały serial. Uwielbiam fanów, w końcu my to po to robimy - aby ludzie mieli rozrywkę. Ale podejmując decyzję o odejściu, musiałem myśleć przede wszystkim o sobie i swojej karierze. Mam nadzieję, iż fani rozumieją, że kocham ten serial. Wciąż zresztą będę go reżyserował, w przyszłym sezonie też planuję wyreżyserować jeden odcinek. Ale musiałem obrać nową ścieżkę kariery, spróbować zagrać też inne postacie. Praca w serialu stacji ogólnodostępnej niestety to uniemożliwia.

Jesteś zadowolony z tego, jak potoczyła się Twoja kariera?

Ojej. Myślę, że abym naprawdę mógł odpowiedzieć na takie pytanie, powinniśmy teraz siedzieć w jakimś pubie w Dublinie przy drinku [pytanie było od irlandzkiej dziennikarki - MW]. Trudniej to zrobić w taki skrócony sposób. Ale na pewno uważam, że prawnicy są całkiem fascynujący.

Zaczynałem w tym biznesie, kiedy byłem bardzo młody i nie miałem pojęcia, jakie mam możliwości. Po prostu uwielbiałem aktorstwo. A to naprawdę szalona branża. Na pewno czuję, że teraz jestem w dobrym miejscu pod każdym względem. Jestem też bardzo szczęśliwy w życiu prywatnym. Nie można patrzeć w przyszłość i żałować tego, czego się nie zrobiło. Mnie jest dobrze z tym, że cały czas miałem możliwość pracować. Zdarzało się, że czułem się sfrustrowany i miałem wrażenie, że nie dostaję ról, jakie bym chciał. To bywa frustrujące i prowadzi do kwestionowania tego, co robisz, i pytania, czy dokonywało się słusznych wyborów. W pracy aktora ważne jest stawianie sobie wyzwań. A kiedy odpowiedni materiał nie przychodzi, zaczynasz wątpić w siebie i czuć się niepewnie. Zdarza mi się to dość często. Ale teraz, dzięki "Żonie idealnej", jestem w dobrym miejscu i chcę więcej ryzykować. Myślę, że to co najlepsze wciąż jeszcze przede mną.

"Żona idealna" teraz jest wielkim sukcesem, serial ogląda coraz więcej widzów na całym świecie. A jak było na początku? Czy spodziewaliście się, że to będzie aż taki hit?

Niekoniecznie. Ale na pewno wiedziałem, że to jest dobre. Wiedziałem, że scenariusz jest dobry i że serial ma mocną ekipę. Oglądałem pilotowy odcinek i pamiętam, że mi się podobał. Ale oczywiście nigdy nie wiadomo. Czasem potrafi zaszkodzić złe miejsce w ramówce, niewłaściwa godzina emisji. Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak scenarzyści to wszystko pogłębiali, jak sprawiali, że serial był coraz lepszy i coraz bardziej interesujący. Oglądanie co roku, jak pracują Robert i Michelle, było bardzo inspirujące.

Na pewno zachwyt krytyków był dla mnie zaskoczeniem. Byłem przekonany, że to dobry serial, ale to i tak była piękna niespodzianka. Dla mnie to było jedno z najlepszych doświadczeń i jedna z największych niespodzianek. Grając w pilocie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. To naprawdę super, że ludziom się spodobało.

5. sezon "Żony idealnej" jest emitowany w Polsce przez Universal Channel. Nowe odcinki możecie oglądać w poniedziałki od godz. 22:00 do północy (po dwa odcinki). W najbliższy poniedziałek zostaną pokazane odcinki 15. i 16.