"Czysta krew" (7x10): M jak miłość, wiele imion ma

"Czysta krew" (Zdjęcia: HBO)

"Czysta krew" (Zdjęcia: HBO)

Dobra wiadomość: nikt w finale "Czystej krwi" nie został drwalem. Złych wiadomości niestety jest znacznie więcej. Uwaga na spoilery - jeśli kogoś to jeszcze w ogóle obchodzi.

Pamiętam, jak "Czysta krew" była serialem mocnym, świeżym i kontrowersyjnym jak diabli. Odtrutką na te wszystkie słodkie wampirze koszmarki dla nastolatek. Produkcją, po której można było spodziewać się tylko jednego: totalnej jazdy po bandzie. I choć nigdy nie była całkowicie wolna od sentymentalnych grzeszków, z romantyczną miłością blondynki i wampirzego dżentelmena na czele, dało się to przełknąć, bo pływało w sosie tak aromatycznym i pieprznym, że ciągle chcieliśmy więcej i więcej.

Oglądając finałowy sezon, dobrze wiedziałam, że z dawnej "Czystej krwi" nie zostało już nic. Każdy kolejny odcinek usypiał mnie szybciej niż poprzedni, absurd gonił absurd, długie konwersacje o uczuciach nic nie wnosiły, a nadzieję na to, że będzie jakakolwiek akcja szybko szlag trafił. Nie wiem, doprawdy nie wiem, dlaczego wierzyłam, że na koniec nam zaserwują coś zdrowo pokręconego. Orgię, atak obcej cywilizacji na Bon Temps, cokolwiek.

Ale gdzie tam! Postawiono na zupełnie inny styl i zupełnie inny ton. I źle zrobiono, bo w efekcie finał serialu, za którym kiedyś szaleliśmy, oglądało się jak zagubiony odcinek "M jak miłość".

W ciągu tej ostatniej okropnie nudnej godziny, którą spędziliśmy w wampirzej Luizjanie, nie zadziałało właściwie nic. Przede wszystkim komuś pomieszały się proporcje. Owszem, pamiętam, że wszystko zaczęło się od Billa i Sookie, ale powrót do tej wielkiej miłości, tuż po tym jak ona pochowała faceta, którego podobno kochała, i związane z tym powrotem gorączkowe wybielanie Comptona za pomocą flashbacków i pompatycznych przemów, to jeden wielki niewypał. To po prostu było dawno i nieprawda. Poświęcanie jego wampirzej osobie większości finału nie mogło spodobać się widzom, bo przez lata systematycznie tę postać psuto.

A jednak musieliśmy przecierpieć razem z Sookie kolejne długaśne mowy o znaczeniu życia i śmierci, patrzeć, jak blondynka zastanawia się, czy kropnąć ukochanego przy pomocy kuli światła, czy może bardziej tradycyjnym sposobem, i wreszcie męczyć się z nią i jej wielką miłością w grobie przez ponad pięć minut. Przyznawać się, kto jeszcze krzyczał: "Przebij go w końcu, przebij!"? Niestety, to był chyba najdłuższy akt wampirzej eutanazji w historii popkultury.

Jakby dramatów pod tytułem "Kocham cię najbardziej na świecie, więc mnie zabij" było mało, to jeszcze nam dorzucono spontaniczne weselisko. Jak w komedii romantycznej albo porządnej telenoweli latynoamerykańskiej. Fakt, Jessica nigdy chyba nie wyglądała tak ślicznie, jak w tej białej sukience i z niesamowicie czerwonymi ustami. Ale to nie był temat na pół odcinka! Zwłaszcza odcinka finałowego. Nie. Choć oczywiście ponowne zejście się rudej z Hoytem mnie nie martwi. Podobnie jak to, co przydarzyło się Jasonowi. Wątek tego wiecznego pechowca zakończył się w gruncie rzeczy sympatycznie.

Eric i Pam jak zwykle porządnie narozrabiali - ale znów: niby to było całkiem fajne, ale czy aż tak fajne? Na pewno nie dało się nie uśmiechnąć, oglądając ich reklamówkę New Blood i to, co zrobili z Sarah Newlin, która najwyraźniej powinna się już przyzwyczaić do tego, że spędzi wiele lat jako wampirza przekąska. Uczucie niedosytu jednak jest i to spore. Bo po pierwsze, czemu sceny z nimi były tak krótkie, podczas gdy Bill i Sookie zapewniali się o wzajemnej miłości przez dobry kwadrans? A po drugie, czy siedzenie do końca świata w Fangtasii to rzeczywiście najciekawsze, co mogło spotkać tę pełną fan(g)tazji parę? To dość bezjajeczne zakończenie ich wątku. Choć i tak to chyba najlepsza rzecz, jaką zobaczyliśmy w finale "Czystej krwi".

Nie zobaczyliśmy za to w ogóle twarzy mężczyzny, z którym Sookie zaszła w ciążę. Nie jestem pewna, jak to interpretować - Że to nudziarz bez twarzy? Że wszystko jedno kto to, bo za chwilę i tak zamieni go na kogoś innego? Że wreszcie ma normalne życie z całkiem zwyczajnym facetem? Wybierzcie sobie - i specjalnie interpretować tego mi się nie chce. Nie zobaczyliśmy też ani jednej porządnej sceny z Lafayette'em - takiej, w której powiedziałby choć jedno zdanie.

Nie zobaczyliśmy ani jednej zabawnej sceny, ani jednej szalonej sceny, ani jednej porządnej sceny seksu. Niczego, za co lubiliśmy "Czystą krew" przez te wszystkie lata. Jak gdyby finał był skierowany do zupełnie innej publiki niż poprzednie 79 odcinków. Takiej, która od orgii pokręconej przemocy, bezwstydnego seksu i czarnego humoru woli ckliwe pożegnania, spontaniczne wesela i miłe spotkania rodzinne.

Nie przeczę, śmierć Billa miała sens jako klamra spajająca ten finał z pilotem. Problem w tym, że jej siła rażenia była w zasadzie żadna, bo pan Compton już dawno temu przestał interesować widzów. A i argumentacja Billa przekonująco nie wypadła. Trudno też, żebyśmy ekscytowali się weselem pary, którą oglądaliśmy ponownie razem przez zaledwie jeden odcinek. Sklejenie z tych dwóch fatalnych wątków większości finału nie mogło zadziałać - i nie zadziałało.

Niemniej jednak poniedziałek 25 sierpnia 2014 roku zaliczam do udanych. To dzień, w którym "Czysta krew" wreszcie się skończyła, robiąc miejsce na inne, lepsze seriale. Zawsze to jakiś plus, nie?