Pazurkiem po ekranie #41: Wrzesień ze stokrotkami

W tym tygodniu odgrzebujemy serial, który przedwcześnie skasowano, żegnamy na jakiś czas "Pozostawionych" i zachwycamy się występem Betsy Brandt w "Masters of Sex". Uwaga na spoilery.

Podobno lato już się skończyło czy też jest bardzo bliskie skończenia się, podobno trzeba wracać do normalnego rytmu, który nie pozostawia czasu na narzekanie, że zimno, ciemno i źle. I znów trzeba będzie wszystko oglądać na bieżąco, nie wiadomo właściwie czemu, ale będzie trzeba. I czasu na klasykę nie będzie, a wino zrobi się jakieś bardziej zwyczajne. Zanim jednak nastaną te smutne dni jesienne, zamierzam spędzić...

...kilkanaście godzin w okolicach Słodkiej Dziury.

Z jakiegoś powodu do tej pory króciutki serial Bryana Fullera, "Gdzie pachną stokrotki", omijałam czy też może on omijał mnie, aż ktoś mi pokazał pierwsze 10 minut. Jak łatwo zgadnąć, na 10 minutach się nie skończyło, obejrzałam jednym ciągiem cztery odcinki, zastanawiając się, jak Lee Pace to robi, że jest jeszcze fajniejszy niż w "Halt and Catch Fire". Ale nie tylko on! Skasowana po 22 odcinkach produkcja ABC to prawdopodobnie jedna z najdziwniejszych i najbardziej uroczych rzeczy, jakie kiedykolwiek były w telewizji.

Wszystko jest tu zdrowo popaprane, wszyscy są tu totalnymi ekscentrykami, a do tego główny bohater, który zarabia na życie, piekąc ciasta, ma zwyczaj ożywiać na minutę zamordowanych ludzi, po to aby dowiedzieć się, kto ich zabił, i zgarnąć nagrodę. Od czasu do czasu zdarza mu się ożywić kogoś na dłużej i wtedy robi się niewesoło.

Nie da się tego nijak zaszufladkować, bo to trochę komedia, trochę procedural kryminalny, trochę baśń, trochę romans. Dialogi są genialne, kolory totalnie szalone, cukiernik przeuroczy, jego zmarła ukochana śliczna i pełna życia, ich miłość największa na świecie, bo nie do końca spełniona, a całość totalnie surrealistyczna. Narratora też kocham, wspomniałam o narratorze? Facet rymuje! Przypuszczam, że skończę oglądać to jutro, a potem po wsze czasy będę przeklinać strajk scenarzystów, telewizję ABC i głupich Amerykanów, którzy nie chcieli spędzać czasu z tym cudeńkiem.

Tymczasem w telewizyjnej teraźniejszości...

...zakończył się pierwszy sezon "Pozostawionych" HBO. Od dawna ta stacja nie miała tak skrajnie ocenianego serialu. I od dawna nie zamówiła 2. sezonu dramatu, który miał tak słabą oglądalność. Po finale 1. sezonu rzeczywiście się cieszę, że to jeszcze nie koniec, choć powrotu po raz trzeci raczej się już nie spodziewam. Finał był zdecydowanie najlepszym odcinkiem całej serii - miał sporo akcji, miał wielkie emocje, miał "Nothing Else Matters", miał moc. Bohaterowie wreszcie przestali być kartonowymi figurami, Kevin zwariował we śnie, Laurie okazała się być człowiekiem, Winni Pozostali już nie snuli się bez sensu.

Wreszcie skończył się materiał książkowy - i dobrze, bo to średnia książka, której trzymanie się nie miało sensu. Wszystko to, co Damon Lindelof dodał od siebie - począwszy od psychodelicznych wstawek z psami czy ojcem Kevina, a skończywszy na tym szalonym pomyśle z zamieszkami w finale - jest znacznie bardziej interesujące od niezbyt głębokiego studium beznadziei, jakim jest powieść Perrotty. Jeśli w 2. sezonie z książki nie zostanie nic poza nazwiskami bohaterów, nie będę narzekać.

Ale wątpię, żeby coś było w stanie uratować serial, którego publika wyraźnie nie zaakceptowała. Dla mnie zresztą też to nie jest pierwsza liga - gdyby HBO pokazało "Pozostawionych" w 2005 roku, pewnie bym piała z zachwytu. W 2014 roku mam problem z zapamiętaniem nazwiska "Kevin Garvey", tylu jest w telewizji ciekawszych bohaterów.

"Masters of Sex" wciąż pozostaje w niższych rejonach przeciętności...

...ale nie byłabym człowiekiem, gdyby nie zrobiła na mnie wrażenia Betsy Brandt. O ile w "Breaking Bad" ciocia Marie była jednym ze słabszych ogniw, w "Masters of Sex" ta aktorka po prostu błyszczy. W tym tygodniu sprawiła, że poczułam się mocno niekomfortowo, a przecież wydawało mi się, że widziałam na ekranie już wszystko. Tu nawet nie chodzi o samą historię jej postaci - która budzi współczucie zmieszane z zażenowaniem - tu chodzi o to, jak Betsy Brandt wygląda, kiedy jej bohaterka zmuszona jest przełamać wstyd. Mam ochotę z jednej strony zamknąć oczy, aby nie patrzeć na mękę Barbary, a z drugiej - szerzej je otworzyć, by nie stracić nic z występu Betsy. Żądam Emmy!

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.

REKLAMA