"Red Band Society" (1x01): Dzieciaki ze szpitala

Za oceanem rusza kolejny sezon serialowy. I dzięki "Red Band Society", młodzieżowemu komediodramatowi o chorych dzieciakach, jego start można uznać za bardzo udany.

"Red Band Society" to nowy komediodramat FOX-a, będący remakiem katalońskiego "Polseres vermelles". Oryginał został oparty na dziecięcych doświadczeniach jego twórcy, który część dzieciństwa spędził w szpitalach. Serial traktuje o nastoletnich pacjentach szpitala pediatrycznego, którzy praktycznie w nim mieszkają. Nieco bałem się tej produkcji ze względu na to, że pełno w niej nastolatków, ale muszę przyznać, że jej pilot to przyjemne zaskoczenie.

Serio, nigdy nie przypuszczałem, że spodoba mi się młodzieżowy dramat. Do tej pory wszelkie takie produkcje, w których specjalizują się zwłaszcza The CW i ABC Family, zwyczajnie omijałem. Na "Red Band Society" skusiłem się tylko dzięki pozytywnej opinii Marty i proszę, okazał się to strzał w dziesiątkę.

Dawno, naprawdę dawno nie oglądałem tak dobrze zrealizowanego pilota. Zagrało tu wszystko – od scenariusza po grę aktorską. Nawet żart o bąkach nie tylko nie raził, ale wręcz był zabawny, co przecież zdarza się raczej rzadko. Tym bardziej dziwią mnie opinie amerykańskich krytyków, którzy do tej premiery podeszli z dużym dystansem – średnia ocen na Metacritic wynosi obecnie 58/100, co jest wynikiem nadzwyczaj przeciętnym (ale już ocena od widzów na IMDb jest wysoka). Z drugiej strony, to nie pierwszy raz, gdy opinia większości krytyków zupełnie rozmija się z moją.

Przede wszystkim brawa należą się twórcom za to, że udało im się uniknąć tanich dramatów. Mamy tutaj do czynienia z chorymi dzieciakami, więc byłoby łatwo ulec pokusie wyciskania łez z widzów. Zamiast tego możemy odczuć sympatyczną, zupełnie niepasującą do szpitala atmosferę. Nastoletni bohaterowie mogą budzić sympatię, nawet na zarozumiałą cheerleaderkę Karę (Zoe Levin) jesteśmy w stanie spojrzeć później łaskawszym okiem, gdy dowiadujemy się, że będzie ona potrzebowała nowego serca. Łzy nie płyną tutaj prawie wcale, a przecież nic nie powinno wzruszać tak, jak chore dzieciaki.

Bardzo fajnie, że twórcy zdecydowali się dać widzom sporo powodów do uśmiechu, a przy tym potrafią wzruszyć w paru momentach, nie dając powodów do oskarżeń, że robią to na siłę. Każda z postaci przeżywa swój własny dramat, ale przy tym próbuje żyć normalnie, tyle że w szpitalu. Bohaterowie przechodzą pierwsze zauroczenia, chodzą do szkoły, robią imprezy na dachu, co pozwala nam widzieć w nich kogoś więcej, niż tylko osoby naznaczone chorobą. Plus także za to, że już w pilocie dowiadujemy się o nich czegoś więcej. Scenarzyści zdecydowali się powiedzieć nam o nich nie tylko to, na co chorują.

Oczywiście serial nie skupia się tylko na młodzieży, ważne role odgrywają także doktor Jack (Dave Annable) i dość stereotypowa siostra Jackson (Octavia Spencer), która trzyma cały ten rozgardiasz w ryzach. Historię opowiada nam Charlie (Griffin Gluck), chłopiec, który zapadł w śpiączkę, ale mimo to oprowadza nas po szpitalnych korytarzach. Jego komentarze są celne, zabawne, czasem nieco ironiczne - i zawsze słucha się ich z przyjemnością.

"Red Band Society" zapowiada się bardzo dobrze i mam nadzieję, że twórcy nie zepsują tego w kolejnych odcinkach. Obawiam się tylko, że nawet jeśli obecny poziom zostanie utrzymany, konkurencja na innych kanałach nie pozwoli na osiągnięcie dobrych wyników oglądalności. Ale może jednak się uda?

REKLAMA