"Black-ish" (1x01): Współczesna czarna rodzina

"Black-ish" (Fot. ABC)

"Black-ish" (Fot. ABC)

Trailery zapowiadały totalnego gniota, a tu proszę. Mamy całkiem zgrabny, całkiem zabawny pilot komedii o afroamerykańskiej rodzinie, która z jednej strony chce być jak wszystkie białe rodziny dookoła, a z drugiej zachować swoją tożsamość.

Stany Zjednoczone to melting pot, tygiel narodów. Społeczeństwo, które składa się z imigrantów, przyjeżdżających do kraju falami i z jednej strony dorzucających coś od siebie i zachowujących swoją tożsamość, a z drugiej - przejmujących całą tę wspaniałą amerykańskość. Tak było, jest i będzie, zmieniają się tylko języki i państwa, z których przybywa najwięcej imigrantów. Zmienia się też podejście do ludzi innego pochodzenia i innych ras. W dzisiejszych czasach amerykańskie społeczeństwo jest - czy też może chciałoby być - postrasowe. Teoretycznie wszyscy są sobie równi, jak nigdy wcześniej. Ale diabeł tkwi w szczegółach. "Black-ish" bierze się właśnie za tego diabła czy też po prostu za rzeczywistość znacznie bardziej skomplikowaną, niż wskazywałby pierwszy rzut oka.

Anthony Anderson gra w nowej komedii ABC Andre Johnsona, głowę afroamerykańskiej rodziny, która jest stosunkowo zamożna, należy do klasy średniej i mieszka na przedmieściach. On pracuje w agencji reklamowej i właśnie dostał awans na wysokie stanowisko. Ona (Tracee Ellis Ross) jest lekarką, dla której większym problemem niż rasa bywa płeć. Dzieciaki - cała czwórka! - albo już wcale nie widzą kolorów, albo chcą mieć to samo, co ich biali koledzy. Na przykład bar micwę.

W tym nie ma przerysowania, tak właśnie wyglądają amerykańskie przedmieścia - sami biali ludzie w identycznych domkach. Jeśli pojawia się ktoś innej rasy, traktowany jest niemal jak okaz w zoo. Mimo że przecież nikt nie dyskryminuje czarnych ani nie zabrania im mieszkać, gdzie tylko chcą. Zwłaszcza jeśli ich na to stać.

Andre ma więc problem. Z jednej strony, świetnie, że dostał awans i został wiceprezesem w agencji, gdzie czarnoskórzy zajmują raczej niższe stanowiska. Z drugiej strony, trudno nie rozumieć jego rozczarowania, kiedy widzi, że ów awans wręczono mu nie tyle za zasługi i kompetencje, co za to, że jest takiej a nie innej rasy. Stworzono dla niego stanowisko, którego nie mógł dostać nikt biały. Nic tylko się cieszyć, w końcu idzie za tym i większy prestiż, i większe pieniądze. Ale jednak fajniej byłoby po prostu zostać docenionym - niż zostać docenionym jako najlepszy z pracujących w firmie Afroamerykanów.

Mimo że teoretycznie ten facet miał już wszystko i właśnie dostał jeszcze więcej, zaczyna odczuwać pewien dyskomfort. Lekiem staje się zmuszanie wszystkich dookoła do odnalezienia swojej czarnej tożsamości. W końcu, po szeregu zabawnych perypetii, wszyscy spotykają się pośrodku. A widz sobie myśli, że w gruncie rzeczy nie wyszło to najgorzej. Przynajmniej ja tak sobie pomyślałam.

Owszem, "Black-ish" wypełnione jest stereotypami, oczywistościami i banałami. Owszem, nie jest aż tak zabawne jak mogłoby być. Owszem, sprzedaje obraz raczej słodki niż gorzki; taki, w którym wszystko jest sympatyczne i kolorowe, a zakończenia rzadko bywają inne niż szczęśliwe. Ale z pewnością to nie kolejna głupia komedyjka, która nie wie, czym chce być. Nie, to serial inteligentny i przemyślany. Nawet jeśli nie zawsze trafia w ton, nawet jeżeli momentami razi cukierkowością, chce się go oglądać dalej. Bo może za chwilę zaskoczy fajnym tekstem albo surrealistyczną scenką, jak ta z wycieczką machającą w kierunku "mitycznej, dumnej czarnej rodziny".

20 minut mija nie wiadomo kiedy. Dokładnie tak, jak to było kiedyś ze "Współczesną rodziną" - do której "Black-ish" jest bardzo dobrym dodatkiem. Obsada na razie szału nie robi - tak to już z serialami wypełnionych dzieciakami - ale znajduje się w niej przyjemna niespodzianka. Laurence Fishburne w roli filozofującego dziadka, który co prawda wiele się w pilocie nie nagadał, ale nic nie szkodzi, i tak widać, że jest w nim niesamowita charyzma.

Choć "Black-ish" momentami brakuje subtelności, a nadmiar lukru potrafi razić, to jak na razie jeden z bardziej udanych pilotów tej jesieni - sprawnie napisany, przyzwoicie zagrany i całkiem zabawny. Zwraca uwagę na problem, który wciąż w Ameryce istnieje, ale nie prawi przy tym denerwujących morałów. Pokazuje niejako przy okazji, jak zmienia się status społeczny Afroamerykanów i co za tym idzie.

Nie jest aż tak oryginalny, jak chciałby być - pamiętacie rodzinę Banksów z serialu "Bajer z Bel-Air"? Też byli czarnoskórzy i bogaci - ale niewątpliwie prezentuje własne podejście. A przy tym stanowi na tyle dobrze dobrany dodatek do "Współczesnej rodziny", że o jego losy nie ma co się bać. Pierwsze wyniki oglądalności pokazują, że ABC trafiło w dziesiątkę.