"How to Get Away with Murder" (1x01): Morderczy wyścig szczurów

"How to Get Away with Murder" (Fot. ABC)

"How to Get Away with Murder" (Fot. ABC)

Pilot nowego serialu Shondy Rhimes to zlepek banałów, oczywistości i wyolbrzymionych emocji, które znamy z innych produkcji tej samej twórczyni. Ale wszelkie jego wady znikają w obliczu jednej, bardzo ważnej zalety: ta historia po prostu niesamowicie wkręca.

Do ostatniej sceny - czyli momentu ujawnienia, kim jest osoba zabita przez studentów - byłam przekonana, że "How to Get Away with Murder" to jeden z tych seriali, które bez żalu porzucę po pilocie. Bo spójrzmy prawdzie w oczy: to po prostu nie jest otwarcie ani wybitne, ani nawet bardzo dobre. Ale Shonda Rhimes wie, jak zatrzymać widza, więc i ja, i ta armia Amerykanów, która widziała pierwszy odcinek w czwartek, za tydzień wrócimy na kampus Uniwersytetu Middleton, spragnieni nowych elementów układanki.

"How to Get Away with Murder" to historia interesująca już choćby dlatego, że opowiadana jest jednocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych. Najpierw widzimy czwórkę studentów w zimową noc w lesie niedaleko kampusu, jak próbują zdecydować, co zrobić ze zwłokami i narzędziem zbrodni. Wszyscy są bardzo rozemocjonowani i wystraszeni, ale starają się myśleć trzeźwo i przypomnieć sobie, czego nauczyli się na zajęciach prawa kryminalnego, na które uczęszczają od trzech miesięcy.

Potem akcja wraca do początku, tj. do dnia, w którym rozpoczęły się zajęcia z prof. Annalise Keating (Viola Davis). Poznajemy dość dobrze całą czwórkę przyszłych zbrodniarzy: przesadnie ambitną Michaelę (Aja Naomi King), sprytnego geja Connora (Jack Falahee), naiwnego jak pierwszoroczniak Wesa (Alfred Enoch) i niewątpliwie też się wyróżniającą, choć jeszcze nie jestem pewna z jakiego powodu, Laurel (Karla Souza). W tle przewijają się inni studenci, z których jednego gra znany z "Orange Is the New Black" Matt McGorry, ale na razie robią oni tylko za statystów.

Poznajemy też panią profesor. I to jest niesamowite spotkanie. Nic dziwnego, że aula jest wypełniona po brzegi studentami, choć zajęcia do najłatwiejszych nie należą. Ta kobieta od pierwszej sekundy udowadnia, że niełatwo znaleźć kogoś, kto dorówna jej charyzmą. Oczywiście, kawał dobrej roboty odwalili scenarzyści, którzy stworzyli mocną postać na pierwszy rzut oka zimnej jak lód, do cna przesiąkniętej cynizmem kobiety sukcesu, która jednak ma też drugą, szalenie emocjonalną stronę.

Ale gdyby nie Viola Davis, ta bohaterka nie miałaby w sobie aż takiej magnetycznej siły. Już sam sposób, w jaki mówi, że jej zajęcia to tak naprawdę nie prawo kryminalne, a "How to Get Away with Murder" - "Jak uniknąć kary za morderstwo" - sprawia, że ciarki człowieka przechodzą. A potem jest jeszcze lepsza! Każda scena z nią jest wielka, każda kwestia, którą wypowiada, brzmi jak zaproszenie do podążania jej śladami.

Nic dziwnego, że przyszli adepci prawa już na pierwsze zajęcia przychodzą pięknie wykuci, a kiedy rozpoczyna się wyścig o staż w kancelarii prof. Keating, nie cofają się przed niczym. Cały ten wyścig szczurów to straszny banał, złożony z motywów, które widzieliśmy tysiące razy w serialach i firmach prawniczych. Nie ma tu niczego odkrywczego - wszyscy prawnicy to szuje, ale tylko ci, którzy są szujami alfa, mogą znaleźć się na szczycie piramidy i prowadzić życie, o jakim podobno każdy człowiek marzy. Gdyby nie to, że metody zastosowane przez studentów sporo mówią o tych postaciach, najchętniej bym przewinęła wszystko, co dotyczyło sprawy tygodnia.

Na szczęście pilot "How to Get Away with Murder" miał do zaoferowania znacznie więcej niż tylko sprawę tygodnia i wyścig studentów o miejsce u boku charyzmatycznej profesorki. Jak to u Shondy Rhimes, muszą być dramaty miłosne. Czyli: Annalise jest żoną Stana, ale wolne chwile wole spędzać z kim innym. Na jej męża ma wyraźnie ochotę asystentka Bonnie (Liza Weil, czyli Paris z "Gilmore Girls", której głos doskonale brzmi na sali sądowej). Drugi z asystentów, Frank (Charlie Weber), sypia ze wszystkim, co się rusza. Trudno połapać się w tym galimatiasie, a na tym nie koniec, postaci jest więcej. Ot, choćby sąsiadka Wesa, dziwna dziewczyna o imieniu Rebecca, która w jakiś sposób jest powiązana z zaginioną studentką.

Jestem pod wrażeniem sprawności, z jaką to wszystko zostało nam przedstawione. Pierwszy odcinek "How to Get Away with Murder" pędzi przed siebie jak sprawnie naoliwiona machina. Nie ma dłużyzn ani momentów na zastanowienie się, na co my w zasadzie patrzymy. Nawet kiedy Viola płacze wielkimi łzami, nie trwa to dłużej niż paręnaście sekund. Trzeba biec dalej.

Nie brak też w nowym serialu firmowanym nazwiskiem Shondy Rhimes tego, czego w jej produkcjach najbardziej nie znoszę: podkręconych na maksa emocji. Wszyscy prędzej czy później podnoszą głos albo płaczą, jak gdyby popadanie w histerię było jedynym sposobem na pokazanie, że bohaterowie coś czują. Okropność, wolałabym, aby emocje były wyrażane w bardziej subtelny sposób. Nie cierpię tego, ale wiem, że jestem w mniejszości. Miliony widzów styl Shondy Rhimes uwielbiają.

I trudno się dziwić, miks melodramatu z pełnym szalonych zwrotów akcji thrillerem to po prostu rzecz atrakcyjna z definicji. Już teraz widać, że z nowym serialem nie będzie inaczej. Atmosfera już w tej chwili jest gęsta od tajemnic, a przecież to dopiero początek. Jeśli dodać do tego sprytny zabieg z ujawnieniem wydarzenia z przyszłości (morderstwa, jakby tego wszystkiego było mało!), od kilku sezonów stosowany przecież z powodzeniem przez twórców "Zemsty", mamy serial, któremu nie sposób się oprzeć. I ja też opierać mu się nie zamierzam, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Shonda Rhimes wyprodukowała dla telewizji ABC kolejny hicior, za którym widzowie będą szaleć. Nawet jeśli pilot nie jest ani dziełem wybitnym, ani nawet niczym specjalnie oryginalnym, to nie ma w tej chwili znaczenia. To, co zaprezentowano, w zupełności wystarczyło, by wciągnąć widzów bez reszty. I raczej tego nie pożałujemy. "How to Get Away with Murder" z pewnością rozkręci się i dostarczy wielu odcinków, które sprawią, że szczęki poopadają nam do samej ziemi. Shonda dobrze wie, za które sznurki trzeba pociągnąć, żeby to działało.

REKLAMA