"Outlander" (1x08): Dwóch mężów, dwa światy

"Outlander" (Fot. Starz)

"Outlander" (Fot. Starz)

Noc poślubna się skończyła, Claire z "Outlandera" znów dopadła brutalna rzeczywistość. I nas przy okazji też, bo wypełniony dramatycznymi wydarzeniami odcinek zakończył się mocnym cliffhangerem. Uwaga na spoilery.

O ile w "The Wedding" akcji nie było wcale - no chyba że za akcję uznać to, co działo się w sypialni Claire i Jamiego - w "Both Sides Now" wydarzenie goniło wydarzenie. I co najważniejsze, wreszcie poznaliśmy perspektywę nie tylko Claire, ale i jej pierwszego męża, opuszczonego znienacka przez ukochaną. Jak można było się domyślić, Frank przez sześć tygodni poruszył niebo i ziemię, a i tak w żaden sposób nie zbliżył się do prawdy. W to, że żona uciekła ze szkockim kochankiem, nie uwierzył, ale też nie znalazł innego wyjaśnienia.

W końcu zrezygnowany pojechał do Craigh Na Dun, miejsca, w którym wszystko się zaczęło. I, jak to w takich opowieściach bywa, bardzo niewiele brakowało, aby małżonkowie się spotkali, padli sobie w ramiona, a potem żyli długo i szczęśliwie. Przy założeniu, że Claire mogłaby jeszcze być szczęśliwa bez Jamiego. Na szczęście - dla nas, widzów, bo dla bohaterki niekoniecznie - po jej stronie pojawili się znów angielscy żołnierze i zanim zdążyła dotknąć skały, zabrali ją z powrotem do Black Jacka.

A my mogliśmy znów zobaczyć, jak dobrym aktorem jest Tobias Menzies. W jednej chwili ten facet to przepełniony smutkiem, desperacją i cichą determinacją kochający mąż Frank Randall, w drugiej - żołnierz sadysta Jack Randall. Twarz ta sama, człowiek zupełnie inny. Kiedy gra Franka i akurat znajduje się u boku Claire, mam ochotę przewinąć scenę, taki z niego nudziarz. Kiedy wciela się w Jacka, wstępuje w niego taki szalony ogień, że chciałabym, aby nigdy nie znikł z ekranu. Caitriona Balfe zresztą też właśnie w tych scenach wymiata. I tym razem nie było inaczej - niebezpieczna gra, którą rozpoczęła z Jackiem Claire, poprowadzona została przez obie strony wyśmienicie. A kiedy on ją przechytrzył i zabrał się za odbieranie nagrody, napięcie sięgnęło zenitu.

Cliffhanger nastąpił w najgorszym - czy też najlepszym, w końcu stacji Starz chodzi o oglądalność - możliwym momencie, spełniając swoją rolę, to znaczy sprawiając, że będziemy rzeczywiście niecierpliwie wyczekiwać ciągu dalszego. Niektórzy pewnie nawet sięgną po książki, nawet jeśli w sierpniu zarzekali się, że nie interesuje ich ta historia i chcą tylko zerknąć na jeden, góra dwa odcinki. Ta historia po prostu ma moc.

Zwłaszcza że przecież zostaliśmy nie tylko z pytaniem, czy Jamie uratuje Claire z rąk Black Jacka. Wcześniej w odcinku doszło do podwójnego morderstwa na żołnierzach angielskiej armii, w które zakochana para zamieszana jest po równo. Anglików raczej nie przekona argument, że to był tylko akt samoobrony, więc nawet jeśli gdzieś na świecie rzeczywiście znajduje się ktoś, kto może oczyścić Jamiego z poprzednich zarzutów, szybko pojawią się nowe. Obawiam się, że nie ma ucieczki z tej matni. Tych dwoje tak czy siak czekają nowe przygody, nowe komplikacje i zapewne też życie na granicy prawa, jeśli nie poza prawem.

Choć w "Both Sides Now" wydarzenie goniło wydarzenie, ani przez moment nie było wrażenia, że za chwilę dostaniemy zadyszki. Nie dość że scenariusz został przemyślany co do ostatniego szczegółu, to jeszcze nie zapomniano nam zaserwować cotygodniowej dawki pięknych szkockich widoków i klimatycznej muzyki. Zwłaszcza wpadła mi w oko - jak każdemu pewnie - sekwencja, w której Frank i Claire biegną ku skałom, każde po swojej stronie. I to nie tylko z powodu ładunku emocjonalnego, jaki niosło ze sobą ewentualne ponowne spotkanie małżonków. To po prostu przepiękna, rewelacyjnie zrealizowana, perfekcyjna pod każdym względem scena.

Oczywiście w żadnym innym serialu coś takiego by nie zadziałało, ale "Outlander" nie kryje się z tym, że jest po staroświecku romantyczny. I właśnie za to go uwielbiamy. Ale siła tej produkcji tkwi nie tylko w tym, że to klasyczny, staromodny romans, umieszczony w pięknych okolicznościach przyrody. Serial Starz to też porządna przygodówka, oczywiście taka, która jest skierowana raczej do przedstawicielek płci pięknej niż tej (podobno) brzydszej. Świetnie napisana, pełna fabularnych twistów i wciągająca jak diabli.

Dlatego właśnie, nawet jeśli nie jesteście jeszcze w 100% do serialu przekonani, będziecie go oglądać dalej. "Outlander" zwyczajnie uzależnia, kusząc nas zwrotami akcji, sprytnie przywiązując do bohaterów i każąc przejmować się ich losami. To guilty pleasure, owszem, ale tak pyszne, tak piękne i tak wspaniale zrealizowane, iż nie zdziwię się, jeśli za chwilę prezydent Obama ogłosi, że on też to ogląda. A jeśli nie prezydent, to przynajmniej prezydentowa.