"American Horror Story" (4x01): Słaby horror, słabe story

"American Horror Story" (Fot. FX)

"American Horror Story" (Fot. FX)

Ryan Murphy próbuje nas przestraszyć już czwarty rok. Horror umiejscowiony w cyrku to mokry sen wielu fanów tego gatunku. Niestety, po seansie tego odcinka będą oni raczej zawiedzeni. Spoilery.

Bardzo źle świadczy o serialu z horrorem w tytule, jeśli jego najbardziej przerażającą częścią jest czołówka. Ryan Murphy przyzwyczaił nas już do tego, że zawsze są one prawdziwymi perełkami, nie inaczej jest i w tym wypadku. Pełno tu szczegółów, które czasem łatwo przeoczyć, a które stanowią o jej sile, jak np. całujące się bliźniaki syjamskie. Serio, czołówka, wraz z charakterystyczną dla niej muzyką, jest chyba jedynym elementem pilota mogącym przyprawić o ciarki.

Bo dalej jest już zdecydowanie gorzej. Pierwszy problem, jak rzuca się w oczy, to że jest zdecydowanie za jasno. Jak mamy się czegokolwiek bać, jeśli większość akcji ma miejsce przy dziennym świetle? Marzyły mi się mroczne sceny w cyrkowych zaułkach, między karuzelami i namiotami pełnymi dziwnych ludzi, ale tutaj nic takiego nie ma miejsca. Jedynie klaun na karuzeli jest namiastką tego klimatu, ale to tylko kilkusekundowa sekwencja, wrzucona bez większego przemyślenia między kolejne sceny.

Ryan Murphy wyraźnie inspiruje się filmem "Dziwolągi" z 1932 roku. Mamy podobne przesłanie – każdy zasługuje na szacunek. W obu produkcjach "odmieńcy" biorą odwet na "normalnych", traktujących ich z pogardą i wyższością. Mniej więcej możemy się już spodziewać, wokół jakich wątków będzie kręcić się cały sezon, ale mimo wszystko mogłyby one zostać lepiej zarysowane. Oczywiście wiem, że odpowiedzi na wszystkie pytania pojawią się z czasem, ale po pilocie nie za bardzo wiadomo jeszcze, o co powinniśmy pytać. Spodziewajmy się jedynie dużego wykładu o tolerancji, w końcu to temat, który Murphy uwielbia poruszać.

Widzimy już, że cyrk skrywa w sobie wiele tajemnic, to nie tylko miejsce, gdzie ludzie mogą zobaczyć "odmieńców". Jeśli chcą, mogą z nimi także… poobcować. Widać wyraźnie, że Elsa (Jessica Lange) wmówiła im, że jest jedyną osobą, które się o nich troszczy. W postaci tej niespełnionej gwiazdy i manipulatorki jest spory potencjał, mam nadzieję, że twórcy z czasem zaczną go wykorzystywać. Historia zaprezentowana w tym odcinku jest nieciekawa, może więc uda się chociaż wykrzesać coś z bohaterów. Póki co wygląda na to, że "Freak Show" może przyciągnąć uwagę jedynie dobrymi postaciami, bo w fabule nie ma nic intrygującego.

Obsada serialu jest iście imponująca, ale nawet wielkie nazwiska nie są w stanie uratować tej produkcji. Najlepiej wypada Sarah Paulson w roli syjamskich sióstr, z których każda ma zupełnie inną osobowość. Wciąż czekamy na pojawienie się w serialu postaci granych przez Michaela Chiklisa i Angelę Bassett, ale nie sądzę, by którekolwiek z nich mogło przebić występ Sarah. Warto też odnotować, że w serialu pojawiła się Jyoti Amge, uznana za najniższą (zaledwie 62 centymetry!) kobietę na świecie.

Materiały promocyjne, jak zwykle, były genialne. Szkoda tylko, że na tym się skończyło. "Freak Show" zawodzi na całej linii. Ani nie straszy, ani nie posiada wciągającej fabuły. I niestety, nie przyciągnie mnie do tego serialu ani Jessica Lange (która notabene nie jest jakaś niesamowita w swojej roli), ani Kathy Bates z brodą, ani Sarah Paulson w wersji deluxe. To wszystko działa, fakt, ale tylko przez moment. Im dalej, tym wyraźniej widać, że nie stoi za tym żaden pomysł. Pod względem wizualnym jest to naprawdę niezła produkcja, całej reszty strach się bać.