"Happyland" (1x01-02): Telenowela w parku rozrywki

Ona pochodzi z biednego domu i gra księżniczkę w parku rozrywki, on jest rozpuszczonym, przystojnym synem szefa. Resztę znacie - z telenowel latynoamerykańskich.

MTV w ostatnich latach przyzwyczaiło nas do młodzieżowych produkcji coraz wyższej jakości. "Awkward", "Teen Wolf", "Faking It" - te seriale podobają się nie tylko nastolatkom, chwalą je też krytycy, którzy widzą w nich powiew świeżości. Dlatego po "Happyland" również sięgnęłam z nadzieją, że będzie to serial przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Ale nie jest.

Nowa produkcja MTV to 20-minutowy komediodramat, dokładnie tak jak "Faking It". Pomysł na siebie ma całkiem ciekawy - to miks komedii z latynoską telenowelą i klasyczną baśnią. Ponieważ nie mamy do czynienia z prawdziwymi księżniczkami i książętami - rzecz dzieje się w tandetnym parku rozrywki - w serialu nie brak humorystycznych odniesień i puszczania oczka do widza. I to naprawdę mogłoby działać, gdyby nie... no cóż, leży tu właściwie wszystko.

Po pierwsze, bohaterowie. Słabi, nieciekawi, średnio zagrani. Lucy (Bianca Santos) to córka rozrywkowej kobiety o imieniu Elena (Camille Guaty), która od kilkunastu lat gra w parku tę samą księżniczkę. Role tu są odwrócone: matka ciągle przyprowadza do domu facetów, imprezuje i twierdzi, że nawet nie wie, kto jest ojcem Lucy (przynajmniej do czasu). Córka to typowa grzeczna dziewczynka, która najbardziej na świecie marzy o tym, aby się stąd wyrwać. Ale jej życie właśnie się komplikuje, bo poznaje Iana (Shane Harper), przystojniaka, z którym się całuje i który niedługo potem okazuje się... - uwaga, spoiler i piramidalna bzdura w jednym - jej bratem. Przynajmniej na chwilę obecną, w końcu pewnie dowiemy się, że jednak Elena w krótkim odstępie czasu uprawiała seks z kilkoma facetami i prawda o ojcu Lucy jest zupełnie inna.

Po drugie, telenowela. Całowanie własnego brata - czy też "brata" - to kompletny absurd, ale takie rzeczy da się zrobić dobrze. Spójrzcie tylko na tasiemce z Natalią Oreiro, w których zawsze był komplet najbardziej tandetnych chwytów: zmarli rodzice, którzy się odnajdywali, zagubione rodzeństwo, które okazywało się nie być rodzeństwem, dziewczyny z nizin społecznych zakochane w bogatych facetach, którzy w końcu wariowali na ich punkcie. To da się zrobić dobrze, ale "Happyland" tego dobrze nie robi. Brakuje polotu, iskierek, porządnej dawki dystansu.

Po trzecie, nieśmieszne elementy komediowe. Gdyby "Happyland" bawił, oglądałoby się go zupełnie inaczej. A tak to nieudany młodzieżowy melodramat, którego bohaterowie silą się na dowcip. Dialogi napisane są słabiutko, aktorzy grają w drewniany sposób, leży także humor sytuacyjny. Za dużo tu wyświechtanych pomysłów, sprzedawanych w średnio interesujący sposób. I to w każdej warstwie - nawet klasyczny wielokąt miłosny został narysowany grubą kreską.

Ale najbardziej szkoda zmarnowanego potencjału miejsca akcji, jakim jest park rozrywki. Taki typowy kolorowy, tandetny jarmark pośrodku niczego, którego pracownicy od lat przebierają się za te same futrzaki i mieszkają w rozpadających się domkach z dykty. Przybysz, który odwiedza takie miejsce, na każdym kroku potyka się o niespełnione marzenia. Potencjał komediowy wydaje się niesamowity - zwłaszcza gdyby twórcy odważyli się dodać szczyptę czarnego humoru. Niestety, zamiast iść w tym kierunku skupiają się na dramatach, które widzieliśmy setki razy, tylko z fajniejszymi bohaterami.

"Happyland" oczywiście ma jeszcze szansę się rozwinąć w coś ciekawszego. Oprócz kiepskich pomysłów widać też takie, które wywołują uśmiech - jak fałszywa księżniczka gubiąca pantofelek. Ale na razie jest ich za mało, abym kontynuowała przygodę z nowym serialem MTV.

REKLAMA