"Gra o tron": Czekając na krew

Peter Dinklage w "Grze o tron"

Peter Dinklage w "Grze o tron"

"Gra o tron" jest dowodem na to, że obecnie telewizja HBO może pozwolić sobie na wszystko. Nawet na stworzenie całego świata.

Jaka bowiem inna stacja za grube miliony nakręciła serial oparty na książce bestsellerowej, ale jednak popularnej tylko wśród określonej grupy widzów? I w dodatku natychmiast po emisji pierwszego odcinka zapowiedzieć stworzenie drugiej serii?

Po emisji sześć odcinków "Gry" (zostały już tylko cztery w tej serii) wszyscy już widzimy, jak imponującym projektem jest serial oparty na sadze G. R. R. Martina. Wrażenie robią zwłaszcza plenery i dekoracje, takie jak np. Orle Gniazdo lub Mur.

Ciekawe, jak będą wyglądały sceny batalistyczne, których przecież Martin opisał wiele – ale nie w pierwszym, teraz zekranizowanym, tomie sagi. Osobiście już nie mogę się doczekać morskiej bitwy pod Królewską Przystanią.

Wielu widzów zachwyca się doborem aktorów oraz ich grą. Ja byłem sceptyczny w stosunku do odtwórców wielu postaci – nadal jestem. Nie podoba mi się wiecznie skrzywiona Lena Headey jako Cersei Lannister. Sean Bean niczym nie zachwyca. Aktorzy grający młodych książąt są kompletnie bezbarwni. Nie jestem czasem w stanie rozróżnić czy to akurat mam na ekranie Richarda Maddena (Robb Stark), Alfie Allena (Theon Greyjoy) czy Kita Haringtona (Jon Snow).

Oczywiście gwiazdą jest dla mnie, tak jak dla większości widzów, Peter Dinklage. To prawdziwy Tyrion Lannister – i to bynajmniej nie z tego powodu, że też jest karłem. Dinklage dał prawdziwy pokaz umiejętności w odcinku 6., gdy jego postać znalazła się w poważnych tarapatach.

Akcja "Gry o tron" rozwija się powoli – tak samo jak w książce, której jest zresztą niemal wierną ekranizacją. Lecz dobrze wiemy, że czeka nas teraz mocne i krwawe przyspieszenie akcji. Twórcy serialu do napisania kluczowego 8. odcinka zatrudnili samego Martina, więc zapewne fani "Pieśni Lodu i Ognia" nie będą zawiedzeni finałem pierwszej serii. Nadchodzi zima.