"Constantine" (1x01): Powrót łowcy demonów

"Constantine" (Fot. NBC)

"Constantine" (Fot. NBC)

"Constantine" nie ma szczęścia do adaptacji. Po rozczarowującym filmie z Keanu Reevesem w roli głównej dostajemy od NBC przeciętny serial, który tylko w kilku punktach wyróżnia się na tle innych tego typu produkcji. Spoilery!

Nie jestem przeciwnikiem serialowego kiczu. Można skutecznie argumentować, że "Arrow", moje ulubione serialowe "guilty pleasure", to kiczowaty serial o człowieku biegającym w zielonym wdzianku z łukiem po mieście, wspieranym przez swoich podobnie odzianych współtowarzyszy. Ale to nie zmienia oczywiście faktu, że "Arrow" doskonale sprawdza się w swojej roli. Serialowy kicz może być przyjemny, nawet jeśli jest bardzo wystylizowany ("Gotham" można zaliczyć do tej kategorii). W "Constantine" świat serialu jest nie tyle kiczowaty, co po prostu mało oryginalny. Z pierwszego odcinka w pamięć zapada zaledwie kilka scen. Wszystko jest typowe - od demonów po szpital psychiatryczny. Być może serial będzie z czasem budować swoją tożsamość, teraz widać zaledwie jej przebłyski.

Szkoda też, że pierwszy odcinek nie jest specjalnie oryginalny pod względem scenariusza. Ekspert do demonów, egzorcysta, przypominający nieco detektywa Sama Spade'a z "Sokoła maltańskiego", John Constantine (zaskakująco dobry Matt Ryan) walczy o życie Liv Aberdeen (Lucy Griffiths), która mieszka w Atlancie i ściga ją potężny demon "żywiący się" elektrycznością znany jako Furcifer.

Constantine to skomplikowana postać - jego wcześniejsze zadanie w Newcastle skończyło się tragicznie, dziewczynka o imieniu Aster trafiła przez niego do piekła. Tam ma też trafić sam główny bohater, po tym jak zakończy się jego ziemskie życie. Poznajemy go, gdy przebywa w szpitalu psychiatrycznym, gdzie chce za pomocą elektrowstrząsów zapomnieć o porażce z Aster. Niestety, z braku niezbędnej wiedzy nie mogę stwierdzić, na ile serialowy łowca demonów jest bliski swojemu komiksowemu oryginałowi. Ale tyle można wnioskować z strzępków informacji, które pojawiają się w serialu.

Wiele jest tu niezrozumiałej terminologii. Pojawiający się anioł Manny sugeruje, że zbliża się Apokalipsa, bohaterowie odwołują się do nieznanych widzom mechanizmów. Reżyserem pierwszego odcinka jest Neil Marshall (ma na koncie m.in. odcinki "Blackwater" i "The Watchers on the Wall" "Gry o tron"). W "Constantine" pokazuje sprawną, reżyserską robotę, ale bez większych fajerwerków, to bardziej solidne rzemiosło niż cokolwiek innego. Scenariusz także nie rzuca na kolana, chociaż jednym z showrunnerów serialu jest David S. Goyer, znany m.in. z serii filmów o Batmanie w wersji Nolana.

Problemem pierwszego odcinka jest przede wszystkim Liv Aberdeen, która nie wzbudza żadnego zainteresowania widza jako osoba, którą ratuje Constantine. Aberdeen miała być w serialu na stałe, ale twórcy z tego zrezygnowali - i bardzo dobrze. Wsparciem Johna jest m.in. Chas Chandler (Charles Halford) i Jeremy Davies ("Justified", "Zagubieni") jako Ritchie Simpson. Zresztą, najmocniejszym punktem całego serialu jest być może sam główny bohater, którego sarkazm, poczucie humoru i ogólne podejście do swojego życia są dobrze pokazane i zagrane. Matt Ryan jest o niebo lepszy niż Keanu Reeves - no ale to nie jest duże osiągnięcie.

Mimo swoich licznych wad, "Constantine" może się jeszcze ciekawie rozwinąć. I to chyba najlepsze, co można powiedzieć po pierwszym odcinku.

REKLAMA